profil:

mężczyzna, 38 lat, Biłgoraj, lubelskie, w serwisie od 9 Marca, 2007

statystyki użytkownika:

liczba opinii: 26
w tym 7 jako pierwszy recenzent
obserwowany przez: 9   dodaj do obserwowanych

średnia wystawionych ocen:

3.3
  • jedzenie
    3.3
  • wystrój
    3.2
  • obsługa
    3.4
  • jakość / ceny
    3.4

ulubione kuchnie:

  • węgierska
  • żydowska
  • roztoczańska

przyznane nagrody:

brak

ulubione dania:

cebula z olejem lnianym pokaż wszystkie listy

opinie rapataplan (26)

pierwszą dodał: 02.11.2009
  • Kawiarnia Europejska

    miejscowość: Zakopane, dodana 02.11.2009, 12:00
    • jedzenie
      nie oceniam
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Działa jak odkurzacz

    Człowiek się ani obejrzy jak pomimo kompletnego braku jedzenia w tym miejscu wyda całą gotówkę. Europejska ma w sobie coś takiego, że się robię rozrzutny nad wyraz i nie tylko sam litrami piję wódkę, ale i stawiam wszystkim dookoła, dostając też w zamian dziesiątki kieliszków. Pan Rysio śpiewa. Dziewczyny tańczą. Anglicy pokazują zadki. Jakaś Niemka wyznaje mi miłość.
    Mało jest lokali gdzie tańczę:
    "Przyjmij spokojnie co Ci lata podsuwają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości" - to znaczy nie umiem tańczyć i na starość zaczynam się tego wstydzić. Ale tutaj nie oparłem się, by zatańczyć do nieśmiertelnego przeboju Tercetu Egzotycznego. Spędziłem tam raptem jeden weekend i do tej pory praktycznie jestem wciąż nietrzeźwy. Chyba polubię Zakopane.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Przekąski Zakąski - Bistro a la Fourchette

    miejscowość: Warszawa, dodana 02.11.2009, 11:52
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Co zostało z dobrych czasów

    Opisywana przeze mnie w poprzedniej recenzji warszawska nocna pustynia zginęła. Zalały je tłumy dzikie, które przemierzają Trakt Królewski tratują jego ciszę i przynajmniej raz w ciągu nocy lądują w Przekąskach. Noc w noc, dzień w dzień, bez końca. W post i w karnawał. I huczą... I snobują się. I setki małolatów (nie, nie tych co to im Jaruzelski pić zabronił, ustawowo legalnie się alkoholizujących) szpanują pijąc ciepłą wódkę. Ach, gdybyż jeszcze została Luksusowa, zwykła wódka z ziemniaków... Zmieniono ją niestety na ohydną w smaku i robioną w najlepszym przypadku z kukurydzy Czystą Żołądkową Gorzką. A przecież na kawę chodzić tam nie będę...
    Dlatego nie zaglądam już (choć pewien sentyment pozostał) do Zakąsek. Co najwyżej zbieram na jakąś tablicę pamiątkową, którą i ze względu na gastronomiczny, jak i osobisty sentyment wmuruję kiedyś w ścianę budynku przy Ossolińskich.

    1 z 2 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Moana Bar

    miejscowość: Kraków, dodana 21.04.2009, 17:49
    • jedzenie
      nie oceniam
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Młody Gruner Veltliner

    Pierwszy raz pojawiłem się w tym lokalu mniej więcej rok temu. Ktoś mi powiedział, że jest miejsce w Krakowie (w tym samym Krakowie w którym padają winiarnie), obładowany więc siatkami szpinaku (jednak był to początek maja) zajrzałem do piwnicy - tracąc na kilka godzin zasięg telefoniczny. Gruner Veltliner rzeczywiście był, ale z 2006. niemniej zostałem poinformowany, że gdybym zajrzał następnego dnia dostanę również 2007. Wypiłem więc jakiegoś muskata ottonela, jakiegoś rieslinga, jakiegoś traminera. I pojawiłem się następnego dnia. Cóż jest piękniejszego dla smutnego wiosną, samotnego niemłodego już w końcu mężczyzny niż nieustający szprycer z młodego wina z dolnej Austrii podawanego przez nader sympatyczne barmanki.
    Uczęszczanie do tego lokalu wzmaga poczucie alienacji w Krakowie - jacyś cudzoziemcy piją piwo i drinki, jacyś miejscowi piją piwo. A ja z wiecznie branym na kreskę (34 zł) litrem austryjackiego młodego wina. Już pod koniec zeszłego października pojawił się rocznik 2008. Niestety wypiłem cały zapas wytrawnego i muszę pić halbtrockeny - ale trudno.
    I moja wizyta wygląda tak. Oddaję 34 zł za poprzednie wino. Kupuję lampkę grunera za 5 zł. Rozglądam się. Znajduję wino którego nie znam i kupuję, i wypijam. Potem jeszcze dwie butelki grunera. Potem jeszcze jedna "na borg" żeby tu wrócić.
    Jeść w tym lokalu nic nie dostaniecie - ale dziewczyny mają noże i talerzyki, więc jeśli - jak ja mam w zwyczaju - zaniesiecie tam wędliny od Stasia Mądrego, pokroją wam i zjedzą z wami. Niby głupi pomysł takie wędliny z młodym winem, wiem, że najbardziej na świecie pasuje do nich burgund - ale cóż... Każdy lokal ma swoje wady.
    A ten ma jeszcze tę zaletę, że i wino własne byle dobre można czasem przynieść - a nawet w miłym towarzystwie wypić.

    1 z 1 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Przekąski Zakąski - Bistro a la Fourchette

    miejscowość: Warszawa, dodana 04.04.2009, 11:32
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Alkoholowe koło ratunkowe

    Trudno mi zapomnieć mojej pierwszej wizyty w przekąskach. Właśnie uciekałem z Jadłodajni Filozoficznej przez, jak mi się wydawało ścigające mnie zaciekle gruzińskie kiepskie wino, które nieopatrznie zamówiłem. W biegu i rozpaczy, że nie ma już za studenckich czasów uwielbianego przeze mnie kasyna w domu bez kantów wpadłem w głąb przepastną Krakowskiego Przedmieścia. Uświadomiłem sobie, że dalej jest znacznie więcej kościołów niż barów, a ja w ten niedzielny późny wieczór potrzebowałem bardziej alkoholu niż modlitwy.
    Zawróciłem więc pamiętając o drink barze w Europejskim i nagle stała się jasność i otworzyły się przede mną podwoje czynnych non-stop zakąsek. O bogowie, o czytelnicy. Kto z was bezskutecznie przemierzał nocną porą kwartały spaskudzonej przez komunizm Warszawy w poszukiwaniu miejsca gdzie nie straszą przedstawiciele handlowi a na zamawiającego 150 gram bez popitki nie patrzą jak na dziwaka, ten zrozumie moją radość.
    Zanim zorientowałem się w lokalu jakoś tak automatycznie zamówiłem tatara i dwa razy po 50 gram. Były to bohaterskie czasy kiedy tatar w karcie był. W jakiej karcie – menu wypisane na ścianach – a jest to co jest. Potem dopiero zerknąłem na rzeczone ściany i zobaczyłem śliczny komunikat, że wszystko do picia po 4, a wszystko do jedzenia po 8, więc wolny od rozterek materialnych podzieliłem moje skromne zasoby finansowe przez cztery i uradowawszy się z wyniku spędziłem w lokalu uroczy wieczór, noc i solidny kawał poranka.
    Podoba mi się automatyzm z jakim dokonuje się w tym miejscu zamówień. Przysięgam kiedyś wpadłem tylko by wypić espresso, a powiedziało mi się: "zimne nóżki i sto gram". Ba, nie jestem nawet pewien czy przypadkiem jakieś kilka godzin po tych zimnych nóżkach nie spotkałem w tym lokalu kobiety mojego życia.
    Właśnie towarzyskość to główna cecha tego miejsca. Tu się rozmawia. Już w czasie mojej pierwszej wizyty kłóciłem się z pasją (było blisko do rękoczynów) o rolę kaparów w przepisie na tatara, a moim oponentem był kelner z Pałacu Namiestnikowskiego, potem wielokrotnie kłóciłem się i godziłem z bardzo różnymi osobami, każdą kwestię przepijając wódeczką. Piwa Tyskiego bowiem nie tykam – chyba żem bardzo spragniony – a wino tam jest marki zdaję się "żenada pince" czy jakoś tak. Wódeczka za to jest Luksusowa i całe szczęście.
    Z dań jadam tam poprawne zimne nóżki, tłuściutkiego śledzika, gzika, rzadziej białą kiełbaskę – choć robiona na miejscu, pasztetu raczej nie tykam, a szynki tez zwykle nie ma. Kawa, bo przydaje się i kawa czasem - pijalna. Ludzie w porządku, choć czasem zdarza się trafić na dziki tłum, który na wszystkie strony odmienia wyraz "kultowy". Ale tutaj kolejna zaleta Przekąsek – bliskość non-stop otwartego drink baru w Europejskim. Jeśli trafiamy na dziki tłum – robimy tam alkoholowa uwerturę, kończymy też w Europejskim jeśli chcemy zindywidualizować jakąś relację, czy to biznesową, czy przyjacielską czy męsko-damską.
    Do Przekąsek zaglądam:
    1. Gdy jestem zadowolony z życia i nie chce nic zmieniać.
    2. Gdy jestem krańcowo niezadowolony z życia i chcę je radykalnie zmienić.
    3. Gdy akurat przechodzę.
    4. Gdy restauracji sejmowej cofnęli koncesję.
    5. By spotkać potencjalną kobietę swojego życia.
    6. Po nieudanej randce.
    7. Po udanej randce, na której nie wypadało pić zbyt dużo alkoholu, ale mimo wszystko człowieka dopadał jakiś weltschmerz.
    8. Po zbyt szybko zakończonym balu purimowym, by przestać odróżniać "błogosławiony Mordechaj" od "przeklęty Haman"
    9. W wielu innych przypadkach.

    Na te moje przypadki nakładają się i multiplikują przypadki innych co tworzy atmosferę sprzyjająca podróży ku "królestwu ducha".
    I ważne dla mnie: staram się bywać w tym lokalu na zmianie Pana Romana – takiej klasy, profesjonalizmu i kultury osobistej nie spotyka się na co dzień.

    8 z 8 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Bar Kawowy Amatorska

    miejscowość: Warszawa, dodana 18.02.2009, 12:54
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Kocham miłością czystą

    To co, że niedobre piwo, że nie ma co zjeść - uwielbiam tam siedzieć, zarówno w środku, jak i wiosną przed lokalem, niech nam żyje Amatorska.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Absynt

    miejscowość: Warszawa, dodana 18.02.2009, 11:22
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Po znajomości - ale bez przesady

    Uważam, nie tylko ja, że Agata Wojda - jest jedną z najlepszych szefowych kuchni w tym kraju i nie przeszkadza mi w niej nawet ogromna dawka francuskiej ortodoksji kulinarnej (niektórzy biorą to za niechęć do wulgarnego używania przypraw). Wszystko zdecydowanie bardziej niż poprawne, rzadko może "z autografem" szefowej, ale niedzielne brunche w Absyncie polecam każdemu - głównie za to maksymalna ocena stosunku jakości do ceny. Ponadto tylko Agata i jej sztuka są w stanie zneutralizować fatalny efekt kolejnych beaujolais noveau. Moczymy usta w kieliszku, dyskretnie zostawiamy go gdzieś w kąciku i ustawiamy się w kolejce do tradycyjnej cebulowej zupy, z kilku gatunków cebuli, ale bez formalnych szaleństw.
    Ja chciałbym umieć tak gotować.

    1 z 1 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Restauracja Sitarska

    miejscowość: Biłgoraj, dodana 04.01.2009, 23:20
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Odwiedzajcie bo warto, mimo setek zastrzeżeń

    Wielka to chwila dla mnie, w końcu mieszkańca Biłgoraja i było nie było (choć burmistrz sądzi inaczej) lokalnego patrioty oceniać wreszcie lokal z mojego rodzinnego miasta. Lokal nie byle jaki, sławny bardzo z czasów jeszcze zamierzchłych.
    Sitarska w Biłgoraju była odkąd pamiętam. Chodziło się tam na abonamentowe obiady, a przy odrobinie szczęścia można było je spieniężyć a za uzyskane środki płatnicze wypić kufelek czy dwa piwa. Sitarska miała również taką zaletę, że znajdowała się raptem o 2 minuty średniodystansowego biegu od mojego liceum (bliżej były tylko rozpadający się "Kaprys" i milicyjne "Konsumy"). Oznaczało to, że na długiej przerwie można było wybiec i wypić dwie beczkowe "Perełki", albo - niestety rzadziej - dwa "Zwierzyńce".
    Sitarska była przykładem lokalu, który mógłby być naturalną scenografią do większości opowiadań Himilsbacha czy Stachury. Akwarium z nieśmiertelną awanturką, odrapane olejnej farby ściany, smutna, acz stanowcza bufetowa, jakby przestraszone wazoniki, czasem z kwiatkiem. I ta klientela... Wpadałem tam na piwo, na wódeczkę, na talerz nieco wodnistych choć nie najgorszych flaków, na świetne polędwiczki wieprzowe w śmietanie, na nieprzyzwoicie tani i bardzo dobry żurek i na długie rozmowy z przypadkowymi i nie z przypadkowymi ludźmi na galerię biłgorajskich typów. Od Zdolnego aż do Eddiego Q, przez Ściółę i całą masę naszych chłopaków. Ot, kawał czasów, wspomnień i PRL-owskiej kultury kulinarnej, a może ostatni bastion tego co może było w naszym mieście jeszcze przed wojną tych knajpek, których nigdy już nie zobaczymy. Ech, nostalgia.
    Ta Sitarska zniknęła kilka lat temu bezpowrotnie. Lokal przejęli bracia Borowy i wyremontowali go z pietyzmem. Nie, nie zostawili akwarium i bufetowej, ale odsłonili piękne ceglane łuki a na ścianach zawisły cudowne zdjęcia naszego rodzinnego miasta. Zrobiło się... czysto i elegancko. Wnętrze fachowe, kuchnia wyposażona jak należy. Obsługa... co ja będę marudził w jedynej restauracji w prowincjonalnym miasteczku, w dobie nagminnych wyjazdów za chlebem. Dobrze, że w ogóle jest.

    A teraz kuchnia. I wierzycie mi, że nie wiem jak recenzować. Spróbuję zatem uczciwie. Zacznę od tego, że nie jest dobrze. A oto lista wad. Sitarska jest zwyczajnie nierówna. Zbyt szerokie menu sprawia, że często bawimy się w loteryjkę. Weźmy moje ulubione nereczki. Raz jest świetnie, innym razem źle, raz jest świeżo esencjonalnie i pachnąco (o ile nereczki mogą być pachnące), innym razem zabito wszystko śmietaną i rozgotowano. To samo dotyczy ryb, w miarę równy, choć daleki od doskonałości poziom zachowują makarony. Całkowitym nieporozumieniem jest środowy zestaw sushi. Idźcie moim śladem i nigdy nie zamawiajcie - wędzona makrela jako jeden ze składników odstrasza skutecznie. Innym składnikiem jest wędzony węgorz - niestety rozmrażany. Woła to o pomstę do nieba w regionie obfitującym w stawy rybne i pełne pstrągów rzeki. Dlatego z niecierpliwością czekam aż przestaną podawać te szkaradzieństwa i albo zrezygnują z sushi w ogóle, albo opracują regionalną, słodkowodną wersję.

    Przejdźmy do pozytywów. Zacząć należy od bardzo przyzwoitego bigosu, dalej faktycznie niegłupie pierogi, sympatyczny żurek - ogólnie zupy są mocną stroną nowej Sitarskiej. Dalej bardzo sympatyczny obyczaj tak zwanych podobiadków. Za piętnaście złotych zupa plus danie dnia, na poziomie nieco wyższym od barowego, to alternatywa dla domowego gotowania i ciekawa oferta dla niezbyt wymagających. Pozytywem jest również nie najgorszy zestaw win, znowu kłania się Centrum Wina. Niestety ceny wina już pozytywem nie są, taką samą butelkę taniej dostanę czasem w restauracji czterogwiazdkowego hotelu. Win zatem w Sitarskiej nie zamawiam, a miejscowa klientela łoi najczęściej zwykłe chilijskie Anatares - lub coś podobnej klasy i ceny. W przystępnej cenie są za to wódeczności, z niezłym orkiszem - sztandarowym produktem Polmosu Lublin, czy jeśli ma się szczęście można trafić na jeszcze lepszą wódkę z Lublina - Śnieżnego Leoparda. Na co dzień niedostępną, produkowaną tylko na eksport.

    Nie będę pisał o szeregu drinków na żołądkowej gorzkiej, bo mimo najszczerszych chęci nie będę wbrew sobie twierdził, że żołądkowa jest dobrą wódką. Nie będę pisał też o licznych koncertach jednych świetnych, innych kiepskich, bo przecież przyjezdni rzadko trafią akurat na koncert, a miejscowi dowiedzą się o nim z licznie rozlepianych po mieście plakatów. Jest jednak jeden drobiazg, który niweluje wszystkie "plusy ujemne" - śledzie w oleju lnianym. Prawdziwym oleju lnianym prosto z Biszczy. Z cebulką, tłuściutkie, smaczniutkie o smaku jeśli nie mojego dzieciństwa, to mojej alkoholowej inicjacji. Za to jedno wybaczam wszystkie grzechy i serdecznie rekomenduję lokal. Zaglądajcie na tego śledzika jak będziecie w Biłgoraju, kupcie niezłe konfitury, które na miejscu w Sitarskiej robią, zjedzcie coś z grzeczności, kto wie, może po licznych Waszych awanturach kuchnia osiągnie stały, wysoki poziom. Czego przede wszystkim sobie życzę, bo często tam bywam.

    1 z 1 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Pierogarnia Zapiecek

    miejscowość: Kraków, dodana 01.01.2009, 17:43
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Nie przesadzajmy

    To nie jest złe miejsce, a pierogi są przyzwoite, ale nawet nie dobre. Niemniej dzięki extraordynaryjnym godzinom otwarcia można coś tam zjeść nawet wychodząc z Pięknego Psa.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Restauracja Wiśniowy Sad

    miejscowość: Kraków, dodana 01.01.2009, 17:24
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Milutko

    Lubię tu być. Lubię wypić kieliszeczek ruskiego standardu, pieliemieni fajne choć nie mistrzowskie, ucha może i za rzadka, ale prawdziwie źle, że zrobiona tylko z łososia. W lecie przyjemniutkie chłodniki. Lokal bez pretensji. I chyba o to chodzi

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Restauracja i Winiarnia Borpince

    miejscowość: Warszawa, dodana 01.01.2009, 16:53
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    A ja lubię

    Może nie bywam na Węgrzech zbyt często, kilka, czasem kilkanaście razy do roku, może nie znam całej węgierskiej gastronomii, niemniej uważam, że choć na Węgrzech Borpince musiałoby solidnie popracować w Polsce jest absolutnie najlepszą restauracyjką węgierską. Kocham tutejsze zupy, uwielbiam sałatkę z sumem, nawet hortobagy jest poprawne. Co do win... Można znaleźć w karcie ciekawe rzeczy - nie powiem jakie bo mi wykupicie, a niektórych z tych win dawno nie ma na rynku. Jedyne zastrzeżenie brakuje mi nieco innej opcji na furmint niż wysoce utlenione "dzieła" pana Kissa. Lubię tam być, podoba mi się a dla pana Zoltana, którego co niektórzy jadający drodzę na Chorwacje w przydrożnych csardach i pijący matrzańskie wina recenzenci próbują uczyć węgierskiej kuchni nieustające podziękowania i szacunek.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Ancora Restaurant

    miejscowość: Kraków, dodana 01.01.2009, 16:26
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Houston, mamy problem

    Kiedy planowałem sobie międzyświąteczny wieczór w Krakowie zadzwoniłem do Jacka Szklarka, który nie wiele myśląc powiedział Ancora. Jacek Szklarek jest naszym kochanym prezesem Slowfoodu ("łubudubu, łubudubu"), toteż ja też nie wiele myśląc - łyp na Gastronautów (zależało mi na tym wieczorze) - wszystko się zgadza, łyp na "coś tam, coś tam" (jakby powiedziała pewna posłanka) i mówię sobie: dobra. Lubię raki, a jak raki mamy na samym początku karty, w zupie, to dzwonię. W sobotni wieczór omal nie rozśmieszyłem kogoś odbierającego telefon prośbą o stolik dla dwóch osób. Faktycznie wchodząc do lokalu można było dostać delikatnego ataku agorafobii. Pusto panie. Przysiedliśmy niedaleko obok cichutkich jakby zwiedzali dominikańskie krypty Japończyków. Spytałem czy jest Pan Adam. Nie było go, pomyślałem sobie jeśli restauracja dobra nie powinno to mieć znaczenia. Czy miało? Nie wiem.
    Wystrój jakby powiedzieli niektórzy - edgowy, ma być skromnie, ze smakiem nie za przesadnie wygodnie. W takich lokalach odnoszę wrażenie, że właściciele nie chcą mnie nakarmić ani ugościć, a jedynie oszołomić kunsztem kucharzy. Gdzieś tam na innej pustej sali pobrzękiwały noże i garnki otwartej kuchni. Cóż wyzwanie przyjąłem, myślę lokal na randkę się nie nadaje, ale skoro oboje lubimy jeść wytrzymamy. Niemniej w głowie mojej zaświtało od razu - być tu tylko tak długo jak to konieczne. Zaczęliśmy studiować kartę win. Było dobrze. Widać coś więcej niż solidnie odrobione lekcje. Czytam kartę czytam, czytam i nagle łyp urywa się - nie ma Węgier, za to dalej jakiś Nowy Świat - obraziłem się prawie. Ale nic to. Pocieszyliśmy się kieliszkiem białego burgunda, bardzo przyzwoitego, podręcznikowego, idealnie podanego. (Obsługa - rewelacja). W karcie butelka kosztowała około 80 zł - hurtowa cena w Centrum Wina w okolicach 50 zł - więc nie przesadnie drogi. Na przystaweczkę kaczuszka zamarynowana w towarzystwie mandarynek. Owszem dobra. Ale ja jak zwykle muszę się czepić - za bardzo lubię kaczuszki. Zimne mięsa podajemy w cieniutkie plasterki kiedy faktycznie marynata jest nieco intensywna w smaku, kiedy wyraźnie dominuje jakaś przyprawa albo mamy do czynienia ze szczególnym kunsztem wędzenia lub wędliną dojrzewającą. Ja przynajmniej tak uważam. Jeśli jest inaczej wolę mieć co ugryźć. Ponadto mam wrażenie, że marynacie zabrakło kilku godzin. Ale mogę się mylić. W każdym razie nie tylko nie byłem znokautowany ( a czasem kaczka załatwia mnie na amen), ale nawet nie draśnięty kulinarnym kunsztem.
    Poruszamy się dalej ostrożnie. Zamawiamy zupy. Dwie - białą rybną z borowikami i rakową z racuszkiem i kawiorem (czerwonym). Zupy pachną wspaniale. Pierwszy łyk białej rybnej - o sandacz!!, o świetne prawdziwki. Ale następny - o słodka homogenizowana śmietana !!! Jak można, jak można zrobić z pysznej rybnej zupy bezpłciowy krem nudzący po czterech łyżkach.
    Zupa rakowa. Czy ja mam jakiś problem, czy skazany zostanę na łkanie do końca życia za rakami. Raka chcę a nie jakiś rachitycznych ogonków!!! To jest dobre by przyprawić tym majonez a jak na boga ma uciągnąć smak zupy? A kawior na racuszku? Czerwony kawior podany bez pomysłu źle znosi towarzystwo czegoś ciepłego, i jeszcze ten smak hiszpańskiej, nudnej papryki. Zanudziłem się. Cóż było robić, główne danie zjedliśmy gdzieś indziej. Nie chciałem mnożyć rozczarowań tego wieczoru.
    Skoro w tej restauracji koncept ma być ważniejszy od smaku to niech będą ciut odważniejsi. Gdybym zamiast jednej nudnej i przeciętnej zupy, której mogę wytknąć kilkanaście niedoskonałości dostał pięć mikromiseczek każda z innym pomysłem, byłbym zauroczony. Gdybym zamiast sześciu dobrych plastrów kaczki dostał pięć plastrów ale każdy inaczej zrobiony przestałbym się wymądrzać. Pomysł nie obroni jedzenia, ale może obronić wieczór. Zamieńcie jedzenie w zabawę – wygracie. Tymczasem mam wrażenie, że ogrywają was trzecioligowcy. Życzliwy.

    3 z 3 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • U Szwejka

    miejscowość: Warszawa, dodana 25.07.2008, 11:17
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Umarło

    Kiedyś, kiedy jeszcze łosoś z rusztu był w Warszawie taką rzadkością, jak teraz trabant - był to świetny lokal. Niestety łosoś i krewetki spowszedniały, guiness - lany tam niegdyś najpierw rozwodnił się jakoś, a potem został zamieniony bezpłciowym polskim substytutem piwa pilzneńskiego. Trafiłem tam ostatnio na coś w rodzaju dnia czeskiego (ładne mi ostatnio - to z dwa miesiące temu) z okazji Jożina z Bażin, zamówiłem czesnakową i jakem wielbiciel czesnakowej - odpadłem, gorszą jadłem tylko w jednym lokalu we Vranovie nad Tepleu, ale Vranov miasto robotnicze i rekompensuje niską jakość czesnakowej urodą tamtejszych dziewcząt, karpackich góralek. Szwejk niczym nie rekompensuje przeciętności.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Degustatornia Dom Piwa Gdańsk

    miejscowość: Gdańsk, dodana 18.10.2007, 13:06
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Jedyne

    Kilkadziesiąt kraników z życiodajnym chmielowym napojem, wśród nich dziesiątki niepasteryzowanych, czy to browar Fortuna, czy Bartek, z nadmiaru wyboru niemal gaśnie pragnienie. Nie wyobrażam sobie, żeby pomysł na piwo w Trójmieście wiązał się dla mnie z innym miejscem. Kiedyś gdy prowadziłem malutką gazetkę, a w niej ranking kulinarny, najwyższa ocena odpowiadała twierdzeniu - chciałbym tu mieszkać. Chciałbym mieszkać w Domu Piwa.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Bistro Anatol

    miejscowość: Gdynia, dodana 21.09.2007, 13:48
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    rapataplan

    Jako, że byłem z Gienem Mientkiewiczem owej niedzieli przedstawiam zatem rewers recenzji. Po pierwsze popełniliśmy błąd, jedząc po drodze do Anatola jakąś fasolową i cebulową zupę - były one proszę Państwa zupełnie zbyteczne - także nawet pisać o nich nie warto, a co dopiero wymieniać nazwy lokalu, której zresztą nie pamiętam.
    Po drugie - krupnik był śliczny, powszedni, a przeca niedzielny. I te żołądeczki. Od razu zacząłem się rozglądać p sklepach mięsnych i uśmiechnąłem się do myśli, że gdzieś w Istebnej czekają na mnie podroby z trzech jagniątek. Niby piszę od rzeczy, ale w jedzeniu jest ważny nie tylko smak, ale to jakie wspomnienia w nas lub nawet marzenia budzi. To jedzenie.
    Śledź z ziemniaczkami dobry - szkoda, że ziemniaki - duże i bez smaku - ugotowane jak należy, pewnie nawet troszkę podpieczone, ale bez smaku - forma wygrała z treścią.
    Bo już ziemniaczki przy ozorku były dużo smaczniejsze, ale pewnie nie były na tyle kształtne by je podać ze śledziem. Niestety ozorek w wersji deserowej, krzyczał o chrzan, pieprz w ogóle krzyczał, krzyczał i skonał, a mógłby być dobry i długo żyć we wspomnieniach.
    Ogólne wrażenie miałem, że w kuchni wiedzą o co chodzi, ale drastycznie nie mają czasu. Wystrój bajeczny w stylu: a teraz najnowsza sensacja z Liverpoolu - The Beatles.
    Będę tam jadał.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Karczma Bida

    miejscowość: Garbów, dodana 21.09.2007, 13:33
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Bida!

    Porcje może i duże - ale bogiem a prawdą wolałbym zjeść miskę kaszy jaglanej, a nawet miednicę z lekką tylko omastą niż kiedykolwiek być zmuszonym w bidzie jadać.
    Bylem trzy razy - jeżdżę dużo autostopem i czasami wstępują tam kierowcy - moja noga więcej tam nie postanie.
    W dodatku spowiadam sie tobie Olu i reszcie serwisu, że raz tam dojechałem z własnej woli, w tych pięknych czasach, kiedy dysponowałem samochodem z kierowcą.
    Kierowce nakarmiłem i był zadowolony.
    Widocznie to jedzenie nie smakuje ludziom bez prawa jazdy.
    W każdym razie Bidę omijajcie - bardzo was proszę - nie tylko dlatego, że mi was szkoda, ale też dlatego, że jak będziecie tam zaglądać, to rozmnożą się jeszcze bardziej i tak mnożące się w tempie królików w Australii lokale tego typu i będzie w Polsce okropnie
    Jakość do ceny - fatalne. Nie dlatego, żeby tam było drogo, wręcz przeciwnie schabowy kosztuje mniej więcej tyle, co mięso do niego użyte - ale wolałbym surowe mięso zabrać w kieszeni na drogę - jeśli jakość jest zerowa (pseudotradycyjnie) to stosunek jakość/cena też daje zero, nie jestem matematykiem ale to jakoś tak było.

    2 z 3 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Bar U Rubina

    miejscowość: Narol, dodana 04.07.2007, 15:24
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Nie wierzę

    Nie wiem, co musiałoby sie stać, żeby kuchnia U Rubina po trzeciej kończyła działalność. Zdaje się, że ktoś musiał obrazić na przykład Renatę kucharkę, albo zachowywać się jak w warszawskiej restauracji. Nieważne.
    W każdym razie U Rubina należy primo rozmawiać, secundo kochać jedzenie, a dopiero tertio jeść
    i należy również zdobyć zaufanie właściciela - wtedy wyciągnie coś z zanadrza. Wystarczy popatrzeć z jakim obrzydzeniem Jurek realizuje zamówienie typu - "zapiekanka" - eh szkoda gadać...

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Restauracja Wook

    miejscowość: Warszawa, dodana 09.05.2007, 18:59
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Czego tu się czepiać?

    Ceny WOOKa nie pozwalają na to, by ktoś nas oszołomił azjatycką kuchnią. Nie da się tego zrobić, jeśli w centrum Warszawy w dwie osoby za obiad wydajemy 50 zł. Ale nereczki na przykład były znakomite. Porównania do Sphinxa - a dlaczego nie - przecież to Ci sami właściciele i pomysłodawcy, z tym, że myślę, że WOOK jest jednak o jedno pięterko smaczniejszy.
    Ja bym się nie czepiał. Chętnie wpadnę jeszcze raz czy dwa, jeśli będę czekał na pociąg. A że podróżuje autostopem więc pewnie nie wpadnę.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Hasan

    miejscowość: Józefów, dodana 20.03.2007, 10:36
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Dziwny jest ten świat

    Na Roztoczu wszędzie jest 30 km, czasem trochę mniej, czasem trochę więcej, ale w tych kategoriach należy zakładać odległość do przebycia. W każdym razie o ile przypadkiem nie traficie do Józefowa, a będzie na Roztoczu, za trzydzieści kilometrów znajdziecie się w dośś dziwnym miejscu. Hasan to Palestyńczyk, urodzony w Jordanii a mieszkający w Polsce. Z wielkim wysiłkiem, podnosi od kilku lat z ruin olbrzymi budynek po geesowskiej knajpie. Takiej co to to tylko "seta" była, bo "galareta" rozpłynęła się w nieczynnym akwarium. Cóż my możemy zjeść u Hasana?
    Możemy zjeść coś co nazywa się kebabem, choć nie jest kebabem a tylko podsmażonym, dobrze doprawionym kurczakiem ale jest całkiem smaczne. Możemy zjeść przyzwoitą bardzo pizzę, pieczona w piecu opalonym drewnem, który Hasan sam wykonał, możemy zamówić pierogi, zamiast skwarków okraszone kawałeczkami kurczaka. A jak będziemy mieli szczęście, natrafimy na dość przedziwne danie. Góra kaszy gryczanej (wyśmienitej) na wielkim półmisku jaki zwykle daje się do kuskus, pełna mięsiw, grzybów leśnych i przyprawiona na sposób wschodni.
    Nie jest to restauracja dla ludzi, którzy lubią by strzepywać pył spod ich stóp - nic z tych rzeczy, ale jeśli zechcecie usiąść z gospodarzem, przy arabskiej kawie z kardamonem może was czekać ciekawy wieczór, pełen niespodzianek (osobliwie jeśli Hasan przywiezie z Joradnii np bamię, lub gdy w sąsiedztwie akurat było świniobicie, albo kiedy jest zaraz po grzybobraniu) jeśli zaś przyjdziecie na fastfood, to dostaniecie fastfood. I pamiętajcie, jesteście na Wschodzie - tu nie punktualność a cierpliwość jest cnotą, a jak powiada Hasan - czas czekania na posiłek to najlepsza przyprawa. W każdym razie nie omijajcie Hasana, jeśli przypadkiem zbłądzicie w tamte strony. Paradoksalnie to on ratuje honor gastronomii ( w każdym razie próbuje to robić) w roztoczańskim Józefowie

    Oczywiście wszystkie gwiazdki poniżej są z zastrzeżeniem, że to baaaardzo względna sprawa i ze znajdujemy się na niejakiej gastronomicznej pustyni. Na przykłąd obsługa - Janusz Palikot uznał że obsługa jest rewelacyjna - ale Hasan miał czas by osobiście się nim zająć. Nie liczcie - chyba że przypadkiem na wysokiej jakości serwis w niedzielne, słoneczne popołudnie - pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć w małym miasteczku, na południu Kongresówki, za to śmiało możecie zlecić Hasanowi po uprzednim umówieniu się telefonicznie dowolne zadanie kulinarne. Mam świadków, że to działa.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Zaułek Smaków - Winiarnia Portius

    miejscowość: Warszawa, dodana 14.03.2007, 11:58
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Ulga dla Żoliborzan

    Wielu mieszkających na Żoliborzu odetchnęło, a niektórzy - byłem świadkiem - bardzo się ucieszyli z istnienia tego niewielkiego lokaliku. Wchodzimy do środka i po lewej stronie wita nas prześliczna oferta węgierskich win. W detalicznej, a jakże sprzedaży. Co my tu mamy... A to mamy Regnum Tacklera z Saksardii, a to przaśne doskonałe egereskie wina Józefa Simona z flagowym, zwariowanym, półsłodkim (naprawdę!) wielkim Pinot Noir, mamy wina z Matry i naturalnie Tokaje. Od cudownego Patrycjuszowskiego Furmintu, przez późno zbierane liście lipy, rewelacyjne szamorodni w kilkunastoletniej zarówno słodkiej jak i wytrawnej wersji (ta ostatnia rześka, czysta, kwasowa, jak niedojrzałe jabłka kradzione z sadu przy plebanii) aż do essencji Aszu z legendarnego, najlepszego w dziejach rocznika 1972. Nic dziwnego, że rocznik świetny - sam się w nim urodziłem. W każdym razie wina w przystępnych, niemal nie warszawskich cenach. I tutaj dopiero zaczynają się przyjemne niespodzianki. Otóż, jeśli chcemy buteleczkę wypić w restauracji, płacimy jedynie korkowe - żadnych wielkich, restauracyjnych piętrowych marży. A co możemy zjeść? Kuchnia to włoska, ale konsekwentnie podążająca nieco na północ. Włoska, bo jak twierdza właściciele, pewien Sycylijczyk po nocach - by nikt nie podpatrzył jego tajemnic budował piec do pizzy. Sądząc po foccacii (najlepszy to test) udało mu się. Mamy więc i pizzę i pasty, mamy również dania kuchni rosyjskiej - np pieliemieni ze śmietaną. Mamy wreszcie wspaniałą, aż dziwnie subtelną zupę gulaszową i jak zapowiedział ambasador Węgier, zadba on o to, by do tej gulaszowej zupy dołączyły inne ciekawe węgierskie dania. Warto więc polować na dni, kiedy to kucharz Jego Ekscelencji ambasadora będzie gościnnie wprowadzał madziarskie tradycje kulinarne w Winiarni Portius. W każdym razie, cokolwiek się tam nie jadło, można było być zadowolonym. Zresztą jak tu nie być zadowolonym, gdy potrawom towarzyszy karafka bardzo zacnego Egri bikvera od Simona Józefa. Bikavera, który demaskuje tych wszystkich przebierańców na supermarketowych półkach. Soczyste, treściwe kekfrankos z Egeru kosztuje w restauracji w okolicy 30 złotych. Zwiewna, piękna, zgrabniutka i młodziutka Leanyka (po węgiersku to zarówno szczep białych winogron jak i dziewczyna) jest poniżej tej kwoty. Co więcej, gdy byłem tam wczoraj a więc wtorkowym wieczorem - godzina 19 w restauracji był niemal komplet, w każdym razie wszyscy goście radośnie gwarzyli, zajadali nieśpiesznie, popijali wino, w zasadzie cieszyli się życiem mimo wielkiego postu - a o to chyba w gastronomii chodzi. Jakże inne to miejsce od napuszonych restauracji biznesowych, czy pustyń gastronomicznych o fantazyjnym wystroju. Ileż tam więcej pomysłów niż w 97 powstającym właśnie w Warszawie lokalu serwującym sushi.
    I jeszcze desery...
    "Weź kopę jaj, daj dziewce niech w dzieży uciera...
    ... weź garniec maku, z kufą miodu połącz daj dziewkom w czeladnej do kręcenia z bakaliami uważaj by nie jadły, najlepiej niech śpiewają"
    - tak zapewne zaczynają się niektóre z przepisów. I dobra rada na koniec. A w zasadzie dwie dobre rady. No nawet trzy.
    1. Zawsze kiedy jesteście proście właścicieli o przygotowanie tortu który był na otwarciu - w końcu ulegną.
    2. Pamiętajcie, że po Tokaju Aszu nie pije się już nic więcej. Należy zamknąć oczy, oprzeć się wygodnie i rozmyslać o sprawach takich więcej wiekuistych.
    3. Jest wielkim idiotyzmem, krańcową nieodpowiedzialnością i wręcz grzechem przyjeżdżać pod ten lokal samochodem. Dodatkowo można wywołać wtedy pozagrobowy gniew Roberta Portiusa, człowieka który 350 lat temu zmonopolizował handel węgrzynem na północ od Karpat i który czuwa nad miejscowymi flaszami.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Restauracja Portucale

    miejscowość: Warszawa, dodana 13.03.2007, 17:00
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Jest dobrze

    Niby kuchnia portugalska nie jest szczytem wykwintności. Wiadomo, ludzie morza i ciężkiej pracy. Ale w Portucale można było odczuć świeżość i prostotę tej kuchni, obok daktyli w boczku, smażone sardynki i jakże pyszne, świetne jednogarnkowe potrawy z ryżem i owocami morza oraz sztokfisz (choć niecodziennie), duży wybór win, zabawki dla dzieci, nie widzę przeszkód, by jadać tu częściej.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

Ładowanie wyników...