profil:

kobieta, Warszawa, mazowieckie, w serwisie od 5 Stycznia, 2010

statystyki użytkownika:

liczba opinii: 108
w tym 12 jako pierwszy recenzent
obserwowany przez: 4   dodaj do obserwowanych

średnia wystawionych ocen:

2.6
  • jedzenie
    2.8
  • wystrój
    2.3
  • obsługa
    2.8
  • jakość / ceny
    2.7

ulubione kuchnie:

  • afrykańska
  • chińska
  • egipska
  • grecka
  • hiszpańska
  • japońska
  • orientalna
  • rosyjska
  • śródziemnomorska
  • ukraińska
  • węgierska
  • włoska
  • żydowska

przyznane nagrody:

brak

ulubione dania:

brak pokaż wszystkie listy

opinie parabelka (108)

pierwszą dodał: 23.07.2010
  • McDonald's

    miejscowość: Warszawa, dodana 23.07.2010, 02:30
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Nie, nie, nie i jeszcze raz nie!

    Wrzucam tę opinię tutaj, bo w wypadku McDonald's nie ma to znaczenia, który lokal się zrecenzuje.
    Po pierwsze: osobiście uważam, że lokal nie powinien znaleźć się na Gastronautach, bo co prawda istotą portalu jest dzielenie się opiniami, ale, na Jowisza, lokali! Z jedzeniem!
    Po drugie: jako wegetarianka i miłośniczka slowfoodu mam wyjątkowo bogate doświadczenia z McDonald's.
    Po trzecie: zupełnie nie rozumiem powodzenia tej sieci i kolejek do kas.

    Pierwsza moja wizyta miała miejsce kilka lat temu, kiedy uznałam, że trzeba się dowiedzieć, czego właściwie unikam i co krytykuję. Po odstaniu w kolejce, wzięłam sobie kawę i ciastko z jabłkiem. Kawa jak kawa. Rozpuszczalna wszędzie smakuje tak samo. Jak się wsypie więcej proszku jest bardziej kwaśna, a jak mniej - jest bardziej mdła. Ta była mdła. Ciastko... hmmm... Dostałam coś, co po odpakowaniu wyglądało jak filet z dorsza i podobnie smakowało. W przeciwieństwie do fileta, było nadziane papką jabłkopodobną.
    Kolejna moja wizyta upłynęła pod znakiem frytek. Byłam w wielu miejscach na ziemi. Jadałam frytki z miejscach zapomnianych przez bogów i ludzi. Ale tak paskudnych nie jadłam jeszcze nigdy. Gumowate, blade, ociekające tłuszczem, który zostaje na zębach.
    Raz jeszcze trafiłam na jakąś sezonową ofertę: cukinia panierowana. Dzięki temu przeżyciu dowiedziałam się, że cukinia może być bardzo kaloryczna oraz smakować jak coś pomiędzy wspomnianym wyżej ciastkiem, a frytkami.
    Mam nadzieję, że już nigdy nie będę musiała wejść do tego przybytku, którego zapach obejmuje coraz szersze kwartały miasta.

    2 z 5 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Pizza Marzano

    miejscowość: Warszawa, dodana 21.07.2010, 07:48
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Omijać nie będę

    Nie lubię specjalnie sieciówek. Poza chlubnymi wyjątkami jak Green Way czy niektóre kawiarnie, sieciówki kojarzą mi się z niezdrowym, śmieciowym jedzeniem, niechlujną obsługą i klientelą o nazbyt obfitych kształtach.
    Pizza Marzano jest sieciówką, ale zasili malutkie szeregi chlubnych wyjątków. Może nie zdecyduję się tam iść na romantyczne spotkanie, ale na obiad - spokojnie.
    Tydzień temu znalazłam się w okolicach Pizzy Marzano. Był wściekły upał, a ja chciałam usiąść gdzieś, żeby napić się zimnej wody. Kolega, który akurat był ze mną, zaproponował, żebyśmy usiedli właśnie tam i może od razu coś zjedli.
    Lubię włoską kuchnię, więc bez oporów przystałam na propozycję.
    Usiedliśmy w ogródku i bardzo szybko podeszła do nas szalenie miła kelnerka. Zamówiliśmy napoje i poprosiliśmy o kartę. Niestety, restauracja ma bardzo ubogi wybór dań wegetariańskich, który właściwie sprowadza się do dwóch czy trzech rodzajów pizzy. W makaronach nie znalazłam nic ciekawego, a na sałatki (w ofercie i tak większość z kurczakiem lub łososiem) nie miałam ochoty. Zdecydowałam się na pizzę ze szpinakiem. Oryginalnie pizza ta serwowana jest z jajkiem sadzonym. Zapytałam kelnerkę, czy możemy darować sobie to jajko. Mogliśmy. Znajomy zamówił sobie jakąś inną pizzę. Czekając na posiłek popijaliśmy wodę i szybko okazało się, że stoliki na słońcu nagrzewają się tak mocno, że nie bardzo można ich dotknąć. Może trzeba by pomyśleć o innym systemie parasoli?
    Sama pizza przyzwoita. Taka jak lubię: cieniutkie ciasto, nieprzeładowana dodatkami, z odpowiednią ilością sera. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to fakt, że szpinak chyba był z mrożonki (ale dobrze, że w liściach, a nie w postaci papki), a ciasto powinno być twardsze. To było lekko gumowate. Ale powiedzmy to sobie szczerze: jak na sieciówkę było to bardzo przyzwoite jedzenie.
    Polecam jako opcję pójścia na obiad przed, lub po zakupach. Zawsze to lepiej i zdrowiej niż zjeść bułę z mielonym popijaną colą. Lepsze wrażenia zarówno estetyczne jak i smakowe.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Pijalnia Czekolady - Staroświecki Sklep (Wedel)

    miejscowość: Warszawa, dodana 02.07.2010, 20:35
    • jedzenie
      nie oceniam
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Miejsce na specjalne okazje

    Przynajmniej takim właśnie dla mnie miejscem była Pijalnia Czekolady Wedla. Pamiętam czasy, kiedy w ofercie był tylko jeden rodzaj czekolady na gorąco i kawa. Jak ktoś sobie życzył to nawet z mlekiem. Być może były jeszcze inne rzeczy, ale jakoś tak zapamiętałam.
    Wchodziło się do fajnego, staroświeckiego pomieszczenia i człowieka (małą dziewczynkę, w tym wypadku) ogarniał czar zapachu czekolady i czarnej kawy. Pomieszczenie było może trochę odrapane, ale jak się wysiliło wyobraźnię, można było usłyszeć szept pana Emila Wedla...
    No, a potem Wedel został odremontowany, a oferta rozszerzona. Zmiany nie zawsze są korzystne wszelako. Czekolady na zimno mi nie smakują, większość smakowych jest słodka jak ulepek i po wypiciu połowy, człowiek przez pół roku nie ma ochoty na słodycze. Jeśli wpadam tam teraz to tylko na gorzką czekoladę, ale jakoś miejsce straciło dla mnie swój odświętny charakter. Już nie jest dla mnie miejscem, gdzie świętuje się zdany egzamin w szkole muzycznej, czy ukończenie podstawówki. Jest miejscem komercyjnym. Tylko komercyjnym. A otworzenie różnych filii (m.in. w Białymstoku) uważam za poważny błąd. Pijalnia powinna być czysto warszawska, jak Syrenka. Filie poza Szpitalną uważam za takie samo kuriozum, jak filia cukierni Blikle na Piotrkowskiej w Łodzi. Jakoś tak... hmmm, jakby na warszawskim rynku powstała filia Wierzynka, czyż nie?
    I tu będę niekonsekwentna, bo na przykład filia na lotnisku sprawia mi przyjemność. Fajnie przed odlotem wypić filiżankę gorącej, gorzkiej czekolady...

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Restauracja LaBono

    miejscowość: Warszawa, dodana 02.07.2010, 20:22
    • jedzenie
      nie oceniam
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Wrócę, wrócę, na pewno wrócę!

    Lubiłam starą piekarnię, która mieściła się w tym budynku. To właśnie tę piekarnię opisywał Stasiuk w "Jak zostałem pisarzem", że zaprzyjaźnione dziewczyny dawały im (pewnie jemu i koledze) tak gorące bułki, że parzyły dłonie.
    Całe moje dzieciństwo istniała ta piekarnia, a zapach, jaki z niej dolatywał zwiastował, że jest się już blisko domu. Ale oferta piekarni była coraz gorsza, zapach też jakby zetlały i nagle, któregoś razu, zupełnie bez zapowiedzi, okazało się, że na jej miejscu jest restauracja (i bar).
    Bardzo się cieszę, że na Grochowie powstał nowy, ciekawy lokal, który - w przeciwieństwie do Wiatrak Kebabu - nie przyciąga osób w odzieży zbyt sportowej. Bardzo się cieszę, że powstał lokal, w którego ofercie znajdę dla siebie mnóstwo pysznego jedzenia. Bardzo się cieszę, że powstał lokal, którego wystrój i obsługa sprawiają przyjemność i pozostawiają miłe wspomnienie.
    Szkoda tylko, że jak pierwszy raz byłam w La Bono (bo tak, sądząc po szyldzie restauracji, piszę się tę nazwę), byłam po obiedzie. Przyznam, przyszłam na rekonesans. Chciałam zobaczyć, jaka panuje atmosfera, jak sprawuje się obsługa i jakie zapachy unoszą się w powietrzu.
    Piłam więc tylko piwo i bacznie obserwowałam.
    Przejrzałam kartę i bardzo się ucieszyłam, że restauracja nie jest indyjska jedynie z nazwy. Zobaczyłam dość obszerną ofertę dań wegetariańskich, co mnie bardzo ucieszyło. Zauważyłam, że gotują Hindusi, zatem sądzę, że jedzenie jest prawdziwie indyjskie.
    Mój kelner, mimo że daleko mu do ideału urody, był szalenie sympatyczny i szybki.
    Obok biesiadowała jakaś większa grupa. No i kiedy na ich stół wjechały potrawy, poczułam żal, że już jadłam. Doleciały mnie piękne zapachy indyjskich potraw, przypraw, spojrzałam (wiem, że to nieelegancko) - sposób podania też mi się podobał.
    Zapłaciłam za swoje piwo i obiecałam kelnerowi, że na pewno wrócę. Tym razem, żeby spróbować tych pysznych, pięknie podanych potraw.
    Przeglądając menu, zauważyłam jednak, że ceny jak na Grochów są dość wysokie. Bliżej centrum byłyby jak najbardziej adekwatne. Tutaj są odrobinę za wysokie. A na pewno przesadą jest inkasować 16 PLN za placki kartoflane ze śmietaną. Chyba, że jest to majstersztyk kartoflany, który potem śni się po nocach...
    Tak czy inaczej - wrócę na pewno.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Kawiarnia i Restauracja Literatka

    miejscowość: Warszawa, dodana 30.06.2010, 23:31
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny
      nie oceniam

    Właściwie to lubię

    Jako nastolatka, zafascynowana przedwojennym przesiadywaniem w kawiarniach, dyskusjach literatów i legendach o warszawskim kawiarnianym życiu, przechodziłam obok Literatki i nie śmiałam wejść. A w oczach moich Literatka urastała co najmniej do rangi Małej Ziemiańskiej.
    Dorosłam i już bez oporów weszłam do Literatki. Właściwie do jej ogródka, bo było ciepło i nie było żadnych powodów do zwiedzania wnętrza.
    Dla mnie ten lokal to przede wszystkim kawiarnia. Warto wiedzieć, że w kamienicy, w której się mieści jest Stowarzyszenie Pisarzy Polskich i zdaje się, polski oddział Pen Clubu. Zatem towarzystwo nie byle jakie, a wewnątrz budynku często odbywają się interesujące wystawy.
    Przy takiej właśnie okazji byłam ostatnio w Literatce. W ogródku taper grał na syntezatorze musicalowe szlagiery, a na kelnerkę czekało się około pół roku. Przyszła wreszcie. Całkiem miła, chociaż zdystansowana. Mnie to akurat nie przeszkadza, bo do kawiarni przychodzę raczej na kawę niż zawierać przyjaźnie z obsługą. Zamówienie zaś zrealizowała niemal błyskawicznie. Dostaliśmy przyzwoitą kawę i całkiem nie najgorsze ciastka. Dobra szarlotka, podana standardowo z lodami. Nie rozumiem tylko, czemu obowiązuje zwyczaj podawania wyłącznie lodów waniliowych do szarlotki. Osobiście nie znoszę waniliowych i mnie szarlotka lepiej by się komponowała z czekoladowymi. Albo orzechowymi. Może warto by pytać klientów o preferencje, bo w końcu ten deser nie jest dziedzictwem narodowym i można by go zmodyfikować.
    Całkiem dobre tiramisu, chociaż ja bym nazwała to raczej sernikiem na wzór tiramisu. Nie zmienia to faktu, że w swojej kategorii był po prostu dobry.
    Co do cen, nie wypowiem się, ponieważ nie ja płaciłam.
    Generalnie polecam na "mieszczańską" kawę z ciachem. Taper gra nieźle, a z ogródka mamy widok na Krakowskie Przedmieście i Plac Zamkowy.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Green Way

    miejscowość: Warszawa, dodana 26.06.2010, 23:35
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    "Zielono mi i spokojnie"

    Kiedy otwierał się Green Way na Szpitalnej jeszcze nie byłam wegetarianką, ale jako wielbicielka wegetariańskich dań, boleśnie odczuwałam brak wege baru z prawdziwego zdarzenia. W większości lokali mogłam dostać albo frytki z surówką, albo ruskie pierogi, albo coś co wielu odstrasza od wegetarianizmu - szarą breję z kaszy z szarą breją z warzyw. Kompletnie pozbawioną smaku, zapachu i koloru i niewątpliwie tak zdrową, że od razu można upaść z wrażenia.
    No i któregoś dnia okazało się, że jest Green Way na Szpitalnej. Dobry punkt, dobre ceny, a dania kolorowe, ładnie podane i smaczne. Pierwszym moim posiłkiem, pamiętam to jak dziś, był ogromny naleśnior ze szpinakiem i jakimiś surówkami. Do tego herbatka. Pyszny był ten naleśnik i pamiętam, że strasznie żałowałam, że jestem małą facetką, która nie podoła daniu podanemu na talerzu wielkości młyńskiego koła i wypełniającemu ów talerz po brzegi.
    Od tamtej pory ilekroć jestem w pobliżu Szpitalnej i uważam, że właśnie przyszedł czas na posiłek, odwiedzam Green Waya. Właściwie wszystko mi tam smakuje. A ponieważ sama zdeklarowałam się jako bezmięsna, często staram się rekonstruować greenwayowskie smaki w domu.
    Jedyną wadą tego miejsca, jak dla mnie, jest to, że przestrzeń jakby trochę ciasna i nie bardzo poręczna.

    Opinia dnia z 28.06.2010 r.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Con Piacere

    miejscowość: Warszawa, dodana 16.06.2010, 22:19
    • jedzenie
      nie oceniam
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Chwila wytchnienia

    Na spotkanie, które miało odbyć się w okolicach ulicy Freta przyszłam za wcześnie. Stwierdziłam, że to doskonały moment, żeby przysiąść gdzieś na kawę. Lokal z lodami na rogu Freta i Mostowej wyglądał zachęcająco, weszłam więc. W środku przywitał mnie uśmiech szalenie miłej kelnerko-barmanko-kasjerki i lodówa mieniąca się wszystkimi kolorami lodów. Wszelakoż, dla mojego gardła było dziś za zimno na lody. Podeszłam do kasy, wybrałam najzwyklejszą kawę, wzięłam popielniczkę i poszłam sobie do... hmmm, ciężko nazwać ogródkiem kilka stolików ustawionych wzdłuż ściany budynku. Tam właśnie poszłam. Po chwili urocza kelnerka przyniosła mi moją kawę. Kawa była całkiem smaczna, podana w śmiesznej okrągłej filiżance. Nie, nie jest to żaden wysmakowany design. Po prostu filiżanka z logo producenta kawy, ale ładna w swojej prostocie.
    Obok siedzieli kandydaci na Wydział Aktorski Akademii Teatralnej i omawiali swoje egzaminy lub przygotowania do tychże. Niemniej, życzę powodzenia.
    Z drugiej strony siedziały dwie nastolatki o fascynacjach sztuką. Zrobiło się kulturalnie, spokojnie, ja piłam swoją kawę, od Barbakanu nadjechał konny tramwaj i pomyślałam sobie, że właściwie nic mi do szczęścia nie brakuje. No, może trochę lepszej pogody, żebym mogła spróbować tych pięknych lodów, co obiecuję uczynić, jak tylko pojawię się w tych okolicach.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Bar Mleczny pod Barbakanem

    miejscowość: Warszawa, dodana 16.06.2010, 22:09
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    "Kuchnia pięciu przemian"

    Siedziałam sobie dziś w kawiarni na przeciwko Baru Pod Barbakanem i zastanawiałam się, dlaczego właściwie jeszcze go nie zrecenzowałam. Ostatecznie, znam się z tym mleczakiem od dnia, kiedy rozpoczęłam swoją edukację na szczeblu średnim, potem w trakcie studiów, a i teraz, po studiach, Pod Barbakanem znajduje się na moich trasach. Może trochę rzadziej niż dawniej, ale jednak.
    Zatem siedziałam dziś w ogródku kawiarnianym i wpatrywałam się w stand stojący przed mleczakiem, głoszący, że bar stosuje się do zasad "pięciu przemian". Stand opatrzony jest dodatkowo mandalami z yin-yang. Być może jest to ukłon w kierunku Dalajlamy, który odwiedził niegdyś bar, a być może odwiedził go właśnie z powodu mandali na standzie?... Nie wiem.
    Wiem natomiast, że stosując się do zasad "pięciu przemian" można skomponować sobie posiłek w absolutnie każdym mleczaku i bardzo wielu knajpach, wyłączając z tego fastfoody. Zatem sądzę, że hasło jest po prostu chwytem marketingowym, skierowanym do gromady dziwaków przechodzących co dzień Starym Miastem.
    Kogo zatem spotkamy w Pod Barbakanem? Chyba pełen przekrój społeczeństwa. Od emerytów, poprzez ludowych artystów wystawiających na Barbakanie swoje dzieła, studentów, zbuntowaną młodzież, turystów zagranicznych. Wszystkich!
    I nikt absolutnie nie będzie miał problemu z dobraniem sobie posiłku. Wegetarianin czy mięsożerca. Każdy znajdzie coś dla siebie.
    Jako nastolatka uwielbiałam tutejsze kartofle. Zawsze były pyszne. Do tego marchewka lub jakaś inna jarzynka. Drugim ukochanym specjałem były pampuchy - drożdżowe buły gotowane na parze, podawane z sosem truskawkowym. Miały tę wadę, że były dostępne tylko w sezonie na owoce. Dziś wolę kaszę plus jakieś warzywa. Latem pyszny chłodnik. No i kompot. Taaak... kompot ma smak dzieciństwa...
    I może dziś wpadam tam rzadziej, ale to idealne miejsce na szybki i tani obiad, zwłaszcza jak się oprowadza po Starówce zaprzyjaźnionych studentów z innych miast, lub młodych magistrów na dorobku. Ale spokojnie można zabrać tam każdego.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Sushi Tekeda

    miejscowość: Warszawa, dodana 14.06.2010, 02:53
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    bardzo poprawne sushi

    Tekeda jest absolutnie pierwszym barem sushi, gdzie jadłam ten smakołyk tuż przed tym jak stał się niesłychanie modny i popularny. Obsługa była idealna. Zapewne szybko się zorientowali, że mają do czynienia z "suszową" dziewicą i dołożyli wszelkich starań, żebym pokochała sushi, sushi bary i sake. Nigdy wcześniej nie piłam sake. Zapytana, czy wolę sake na ciepło czy na zimno, nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Szczerze wyznałam, że nie mam pojęcia, na co obsługująca nas osoba poleciła, żeby się nie szczypać i po prostu spróbować obu opcji. Najlepsze jest to, że po obu próbach nadal nie wiem, czy wolę na ciepło czy na zimno, bo obie wersje sake mają swoje zalety.
    Samo sushi bardzo smaczne. Dość powiedzieć, że w moich późniejszych rozpoznaniach sushi barów miałam punkt odniesienia do Tekedy i czasem było to sushi znacznie lepsze, a czasem... hmmm, dość powiedzieć, że moja przyjaciółka nie powinna jednak serwować na przyjęciach sushi własnej produkcji.
    Miejsce absolutnie idealne dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie jadł sushi a chciałby spróbować i polubić.
    Pamiętając swoje dobre doświadczenia, chciałam zaprowadzić tam kuzynkę. Sprawdziłam więc stronę internetową Tekedy i zobaczyłam, że zapraszają do nowej siedziby na Gocławiu. Czy to znaczy, że Tekeda się przeniosła, czy też, że ma tak dobrą renomę, że otworzyła drugi lokal...? [Opinia została przez nas przypisana do nowej lokalizacji Sushi Tekeda na Gocławiu przy ul. ul. Meissnera 1/3 - przyp.red.]

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Thang Loan

    miejscowość: Warszawa, dodana 12.06.2010, 02:38
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Nie zapamiętałabym tego barku gdyby...

    ... Gdyby nie to, że było bardzo zimno (byłam tam w styczniu i od stycznia nie wiedziałam, jak się nazywa to miejsce), a ja bardzo głodna. Razem z kolegą weszliśmy więc, bo w obliczu kebabów, które nie dają mi, wegetariance, specjalnej szansy na posiłek, a w kuchni azjatyckiej zawsze coś sobie znajdę.
    Zamówiliśmy dla mnie ryż z warzywami, a dla kolegi ryż z warzywami i wieprzowiną. Zamówienie przyjmowała szalenie miła pani, mówiąca całkiem nieźle po polsku. Szybko dostaliśmy swoje porcje. Zaskoczyło mnie na plus, że jedzenie podane jest na normalnych talerzach, a nie na tekturowych czy plastikowych. Sztućce też były prawdziwe.
    Wnętrze piękne nie jest, ale nie chciało się nam zamawiać na wynos. W końcu czasem, dla odmiany, można posiedzieć w siermiężnym barku i zjeść w spokoju.
    Obok siedziała para osiedlowych dresiarzy, ewidentnie na randce.
    Jedzenie było ciepłe i smaczne. Ryż ugotowany po azjatycku, sos z warzyw wyrazisty. Daniu towarzyszyła oczywiście surówka z białej kapusty, którą z jakimś dziwnym uporem serwują w barach azjatyckich w Polsce.
    Sam lokal być może nie zapadł by mi w pamięć. Ot, jeszcze jedna buda z azjatyckim żarciem. Ale nagle do lokalu weszła bardzo elegancka pani i jęła dopytywać się, czy lokal serwuje sushi. Hmmm, czy na prawdę dla przeciętnego Polaka kuchnia wietnamska, chińska i japońska nie różnią się?... Czy ta pani w Moskwie domagałaby się bigosu, a w Warszawie knedlików?...
    Uśmiechnięci od ucha do ucha skończyliśmy posiłek. Pani obsługująca klientów, grzecznie wyjaśniła pani eleganckiej, że nie serwują sushi, a w jej oczach zaświeciły ogniki dzikiej frajdy.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Dziki Młyn

    miejscowość: Warszawa, dodana 12.06.2010, 02:22
    • jedzenie
      nie oceniam
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    No nareszcie!

    Nareszcie udało mi się dotrzeć do Dzikiego Młyna.
    Od roku mijam go niemal codziennie i albo nie jest to dobra pora na zapoznanie lokalu, albo nie mam weny na testowanie, albo jestem sama, a wiadomo, że biesiadowanie fajniejsze jest w towarzystwie niż solo.
    Tydzień temu już byłam zdecydowana, żeby wejść tam na jakiegoś orzeźwiającego drinka, ale jednak nie mogłam zrealizować zamiaru, bo odbywało się tam wesele. I powiem szczerze, że wcale się nie dziwię parom młodym, że wynajmują ten właśnie lokal. Może nie jest szczytem elegancji, ale w ciepłe dni ma same zalety. Wiem o tym, bo dziś udało mi się odwiedzić Dziki Młyn.
    Wokół, jak już wspominali przedmówcy, rozpościera się piękny park z miłym jeziorem, kaczkami, krętymi alejkami. W taki dzień jak dziś, park daje miły chłód.
    Ogródek lokalu co prawda jest niewielki, ale wystarczający. Wnętrze spore, za to mimo pootwieranych okien, jakby duszne. Może warto by zainwestować w wiatraki u sufitu? Korelowałyby z nazwą lokalu... i z wystrojem.
    Nie wiem, gdzie moi przedmówcy w wystroju zauważyli ten PRL. Co prawda w schyłkowym PRL-u byłam małym dzieckiem, ale co nie co pamiętam. W Dzikim Młynie nie ma żadnych konotacji. Są proste stoły i proste krzesła. Nie jest to najpiękniejszy wystrój świata, ale jest na tyle neutralny, że nie poszarpie niczyjego poczucia estetyki.
    Obsługa bardzo miła i bezpośrednia. Też nie jest to majstersztyk sztuki kelnerskiej, ale jak na parkową restaurację, bardzo dobra. Nas obsługiwała szalenie miła i serdeczna kelnerka. Potrafiła zażartować, pośmiać się z naszych żartów, a zamówienia realizowała w miarę szybko i sprawnie. W miarę, bo było już późno, a klientów mnóstwo.
    Ceny standardowe i myślę, że wyprawa na sałatkę i coś orzeźwiającego do picia mieści się w możliwościach absolutnej większości.
    Niestety, jedzenia nie ocenię, bo nic nie spróbowałam. Kolega jadł sałatkę i mówi, że przyzwoita. Myślę, że niebawem wybiorę się do Dzikiego Młyna na jakąś skromną i uroczą kolacyjkę, i opiszę swoje wrażenia. Mam nadzieję, że będą równie pozytywne, co aktualne.
    Tylko... nie zwizytuję Dzikiego Młyna jutro... Jutro tam jest wesele.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Barek Gastronomiczny Małe Co Nieco

    miejscowość: Warszawa, dodana 11.06.2010, 17:34
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Nie lubię jeść na stojąco...

    ... ale lubię Małe Co Nieco.
    I jest to kolejny warszawski lokal, który żywi kolejne pokolenie z mojej rodziny. Tam jako studentka, wpadała moja matka na szybki obiadek. Dokładnie tak samo jak ja, a myślę, że i pokolenie moich dziadków się załapało, chociaż niekoniecznie już jako studenci tylko trochę później.
    Ja, jako osoba bezmięsna, wybieram sobie potrawy z jarzynek, pierogów (ruskie) lub naleśników (ze szpinakiem). Są smaczne, trzymają pewien poziom określany jako kuchnia domowa. Szału nie ma, ale też człowiek nie żałuje wydanych pieniędzy.
    Jak wspomniał któryś z moich przedmówców, raczej lepiej jest brać jedzenie na wynos, bo jedzenie na stojąco nie należy do przyjemności.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • KFC Parnas

    miejscowość: Warszawa, dodana 11.06.2010, 17:15
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Przygody wegetarianki w krainie kurczaków

    Oczywiście, że nie jestem miarodajną osobą w ocenianiu przybytków takich jak KFC. W każdym razie na pewno nie mogę ocenić smaku potraw, chyba, że chodzi o jogurt i kawę. Kawa jest cienka, a jogurt przeciętny.
    O walorach zdrowotnych serwowanych potraw napisano już tomy, więc nie będę powtarzać.
    W takich miejscach bywam jedynie jako towarzystwo kogoś, kto się właśnie uparł, że koniecznie musi zjeść właśnie tam, mimo, że za tę samą cenę zje dużo sensowniejszy posiłek w pobliskiej Babooshce, gdzie i ja znajdę coś dla siebie.
    Ostatnio znalazłam się w KFC, kiedy wracałyśmy z koleżanką z jakiejś szalenie kulturalnej imprezy. Koleżanka stwierdziła, że ma ochotę na twistera, a KFC jest jeszcze czynne.
    Weszłyśmy do środka. Wewnątrz było pusto, upalnie, smutny pracownik stał za kasą, a nad wszystkim unosiły się opary tłuszczu, który jest jakąś dziwną mieszanką (sądząc po zapachu) olejów i tłuszczów pośledniejszej kategorii. Z orzeźwiającym zapachem oliwy nie ma to nic wspólnego. Podeszłyśmy do kasy, koleżanka zaczęła składać zamówienie, gdy nagle wepchnęła się przed nią dziewczyna w firmowej koszulce, zapewne pracownica, i zadysponowała, żeby jej kolega podał jeszcze... i tu padła cała litania potraw, które kolega miał jej podać, a w tym celu przerwać obsługiwanie klientki. Zwróciłyśmy grzecznie uwagę dziewczynie, że raczej powinna poczekać. Dziewczyna co prawda stanęła w kolejce, ale przez cały czas obsługiwania mojej koleżanki, posyłali sobie z kasjerem porozumiewawcze grymasy.
    I tak: wiem, że KFC to nie jest luksusowa restauracja z autorskim menu i indywidualnym podejściem do klienta, ale jakieś zasady chyba obowiązują? Nawet w knajackich mordowniach, gdzie serwowana jest tylko wódka i piwo, obsługa jest uprzejmiejsza.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Di Piu

    miejscowość: Warszawa, dodana 10.06.2010, 21:40
    • jedzenie
      nie oceniam
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    O tym, dlaczego nie zostanę klientką Di Piu

    Pizzeria Di Piu jest idealnie na trasie, którą dosyć często przechodzę. Naturalnym byłoby zatem wejść do środka chociażby z ciekawości, jak smakują ich propozycje pizzy.
    Wnętrze jest przyjemne, ceny przystępne, więc... Więc któregoś dnia wysiadając z tramwaju postanowiłam wejść i zamówić pizzę na wynos. Ale jednak nie zrealizowałam tego zamiaru.
    To, że najpierw nie spodobał mi się slogan reklamowy zawieszony na szybie "Trzy makarony na cztery smaki" (raczej powinno być "w czterech smakach") to kwestia tego, że językowa niechlujność drażni mnie tak samo jak brudna kuchnia. Ale źle sformułowany slogan jeszcze bym przeżyła. W końcu codziennie na billboardach czytam większe bzdury. Gorsze było to, że przed lokalem, na stołeczkach, oparci o ścianę budynku, siedzieli pracownicy Di Piu - mężczyzna i kobieta. Wygrzewali się w słoneczku. Mężczyzna obnażony do pasa, a dama w podciągniętej koszulce i gmerająca sobie w okolicach pępka.
    Nie wiem, jakie są ich funkcje w lokalu. Wszystko jedno. Ktoś im powinien wytłumaczyć, że są wizytówką firmy i nie powinni się byli tak zachować.
    Wobec tak zachęcającej scenki, ominęłam pizzerię i postanowiłam sama przyrządzić sobie obiad.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Kawiarnia pod Kaktusami

    miejscowość: Warszawa, dodana 04.06.2010, 00:48
    • jedzenie
      nie oceniam
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Kaktusy wiecznie żywe!

    Odkąd żyję Pod Kaktusami istnieje. Bardzo możliwe, że moja pierwsza wizyta kawiarniana miała miejsce właśnie w Kaktusach. Nie pamiętam.
    Pamiętam za to, że w Kaktusach (już za moich czasów studenckich, czyli raptem dwa lata temu) zdarzały się sytuacje z dosiadaniem do stolika lub uśmiechami ze znaczącym podniesieniem kieliszka ze strony nieznajomych panów. Prawie jak w "Dziewczynach do wzięcia" Kondratiuka.
    Ja osobiście czuję się dziwnie w takich sytuacjach, bo jak idę do kawiarni to głównie po to, żeby z kimś pogawędzić, wypić kawę, nad kawą poczytać, zapalić papierosa, a nie żeby zapoznawać panów inżynierów.
    Zatem nieczęsto chodzę do Kaktusów, ale cieszy mnie, że przetrwały. Cieszy mnie, że idąc Chmielną mogę mieć fantazję, żeby wpaść do prawdziwej kawiarni z dawnym klimatem, zostać obsłużona przez z lekka nadąsaną kelnerkę i wypić średniej jakości kawę.
    Nie czynię tego, ale zawsze to miła świadomość.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Kawiarnia Telimena

    miejscowość: Warszawa, dodana 27.05.2010, 01:20
    • jedzenie
      nie oceniam
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Kawa z ciekawym człowiekiem

    Właściwie to ja nie bardzo wiem, czy Telimenę traktować jak sklep z artystycznym srebrem, gdzie mogę napić się kawy, czy raczej jak kawiarnię, gdzie mogę kupić piękną biżuterię...
    Kawa jest tam niezła. Obsługa typowa dla eleganckich lokali na Krakowskim - grzeczna, uprzejma, ale raczej nie nawiązuje z gośćmi kontaktu.
    W Telimenie byłam tylko raz. Zostałam tam zaproszona w celu poznania bardzo słynnego i bardzo dobrego aktora, który mało że jest jednym ze starych mistrzów sztuki scenicznej, to w dodatku nie splamił się żadną reklamą ani serialem. Cieszę się, że są ludzie, którzy zachowują swój autorytet.
    Przy okazji okazało się, że Mistrz jest czarującym rozmówcą, a moja profesorka, która mnie tam zaprowadziła, mimo średniego wieku, wciąż zachowuje się jak pensjonarka.
    Miłe wspomnienie. Kawa wypita w nietuzinkowym towarzystwie.

    0 z 1 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Dwa na Trzy

    miejscowość: Warszawa, dodana 27.05.2010, 01:09
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Tylko proszę, nie przychodźcie tam wszyscy

    Do tej recenzji zabieram się już od miesiąca. I ciągle mam obawy, czy słusznie robię, że w ogóle chociaż słowo o Dwa na Trzy napiszę.
    Lokalik ten stał się bowiem jednym z moich ulubionych, a ponieważ jest maciupeńki, nie chciałabym, żeby cała Warszawa i miejscowości ościenne zaczęły tłumnie się tam schodzić.
    Miejsce jest z rodzaju artystowskich graciarni, gdzie każdy mebel jest z innej bajki, barman jest z prawie każdym na ty, a goście nawiązują niezobowiązujące pogawędki przy barze. Większość przestrzeni zajmuje bar. Na nim stoi patera, gdzie pod szklanym klosikiem czekają sobie spokojnie kanapki. W barze dostaniemy dowolny alkohol w dowolnych kombinacjach, pyszne niepasteryzowane piwo, bardzo dobre herbaty (szkoda, że torebkowe. Co to za mania zaparzać fizelinę?...).
    Jest przytulnie, ciasno i miło.
    Czas stoi w miejscu. Nad głowami wiszą lampy do góry nogami. Takie zwykłe nocne lampki, tylko inaczej zamontowane. W tle pobrzmiewa Tom Waits, albo coś innego równie miłego dla ucha. Gdzieś w przestrzeni da się słyszeć chichot Szalonego Kapelusznika, a ciągłe rotacje przy stolikach przypominają Szaloną Herbatkę.
    I o to chodzi.
    Miejsce zupełnie nieadekwatne dla dżentelmenów w odzieży sportowej i ich dam. Także wielbiciele korporacji i układów scalonych nie będą tam szczęśliwi.
    Ja się tam fajnie bawię.

    Opinia dnia z 28.05.2010 r.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Pą-check

    miejscowość: Warszawa, dodana 26.05.2010, 13:32
    • jedzenie
    • wystrój
      nie oceniam
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Masakra calzone

    Ze zdumieniem przeczytałam poprzednie recenzje kramiku Pą-check. Jeśli o mnie chodzi jedyna rzecz, jaka mi się w tym miejscu podoba, to nazwa.
    Jakiś rok temu, będąc w podróży, postanowiłam kupić tam sobie jakąś przekąskę na drogę. Nie lubię jadać na słodko, więc mój wybór padł na calzone. Wyglądało nieźle.
    Szkoda, że pani, która mnie obsługiwała, sprawiała wrażenie jakby była tam za karę. Ale, z drugiej strony, faktycznie nie jest chyba zbyt dużą przyjemnością pracować na głośnym dworcu w mieszaninie zapachów dworcowych i cukierniczych.
    Calzone było ciepłe. Ugryzłam i był to jeden z poważniejszych błędów kulinarnych w moim życiu. Temu przeżyciu równa się tylko zdarzenie sprzed lat, kiedy to posłodziłam kartofle.
    Calzone, jak się rzekło, z wierzchu było ciepłe. W środku zaś wypełnione było zimną maziają z zakrzepniętego sera, który pretendował do miana mozzarelli; zimnego keczupu, który udawał pomidory i zimnych surowych pieczarek. Była tam chyba jeszcze cebula. Cały pieróg, po pierwszym kęsie wylądował w śmietniku, a ja pojechałam głodna.
    Teraz poczytałam recenzje i pomyślałam sobie, że może popełniłam błąd. Może faktycznie trzeba raczej kupić drożdżówkę?... Akurat wyjeżdżałam, okazja jak znalazł, żeby zaopatrzyć się w pyszną bułę wypełnioną owocowym nadzieniem.
    I niestety, nie mogłam zweryfikować poglądu, ponieważ były Zielone Świątki, a Pą-check był zamknięty.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Caracas

    miejscowość: Warszawa, dodana 04.05.2010, 00:53
    • jedzenie
      nie oceniam
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Trochę szkoda, że Caracas jest mi nie pod drodze

    Któregoś dnia musiałam koniecznie zobaczyć się z jednym człowiekiem. Najlepiej gdzieś po drodze, bo w grę wchodziły interesy, a nie kwestie uroczych pogawędek przy kawie.
    Wybraliśmy Caracas.
    Kawiarnia jest bardzo przyjemna. Wystrój może pozostawiałby trochę do życzenia, ale fotel, na którym siedziałam był wręcz niewiarygodnie wygodny.
    Bardzo miła obsługa, chociaż trochę się myli w zamówieniach. Wdziękiem na szczęście nadrabia te drobne pomyłki.
    Przy barze, w oszklonej lodówce, kręcą się desery. Na samym szczycie piękne pucharki z galaretką. Hmmm, dawno nie widziałam galaretek w kawiarniach.
    Kawa i herbata dobrej jakości. Chociaż wolałabym herbatę normalnie zaparzaną, a nie z torebki. Z drugiej strony rozumiem, że w ten sposób można mieć więcej rodzajów herbaty.
    Nie można tam palić. Ale mnie, palaczce, jakoś to nie przeszkadzało. Podobnie mojemu rozmówcy. Zgodnie uznaliśmy, że dla odmiany można posiedzieć w miejscu dla niepalących.

    1 z 1 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Pub Pod Pstrągiem

    miejscowość: Warszawa, dodana 04.05.2010, 00:42
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Demo wakacji

    Od kilku lat wyrobił mi się nawyk, by wraz z pierwszymi ciepłymi dniami, swoje kroki skierować do Parku Skaryszewskiego. Najlepszego parku pod słońcem!
    Muszę koniecznie zdążyć na resztki kwiatów magnolii, na kwitnące rododendrony i podejrzeć, jak się miewają zwierzęta ze Skaryszaka. Otóż, w tym roku bobry pogryzły straszliwie starą wierzbę płaczącą, a wiewióry jakby bardziej bezczelne.
    Po spacerze zawsze wędruję do Pubu Pod Pstrągiem. Nie to, żeby mnie zachwycali panowie w koszulkach z napisem "Pstrąg Man"; nie to, żebym uważała, że ogródek lokalu jest cudownie piękny; ani też nie to, żebym była specjalną fanką piwa.
    Ale tylko tam mogę poczuć przedsmak wakacji. Klimat gwarnej smażalni, gdzie po numerkach wywoływani są klienci. Gdzie mogę siedzieć sobie na drewnianej ławie w cieniu parasola i rozkoszować się bliskością jeziorka, po którym pływają pary w rowerach wodnych.
    Dziś, mimo kiepskiej pogody, wybraliśmy się rodzinnie na spacer do Skaryszewskiego. Zasiedliśmy rzecz jasna na ławie "Pod Pstrągiem". Piwo, jak piwo. Ja piłam Desperados, reszta - zwykłe piwo w plastikowych kubeczkach. Problemem okazało się skompletowanie przeze mnie posiłku. O ile mięsożercy nie mieli najmniejszego problemu z wyborem, ja musiałam zadowolić się frytkami z ogórkiem kiszonym. Frytkami, które w dodatku musiałam kupić w budynku murowanym, bo w zasadnicznym "Pstrągu", frytek nie mieli.
    Frytki były prawie w porządku, chociaż nie rozumiem, dlaczego koniecznie (ale to dotyczy wszystkich właściwie lokali) trzeba je smażyć na mieszance tłuszczów, w której skład wolę nie wnikać, a w której wyraźnie wybija się jakiś mleczny-maślany posmak.
    Mięsożercy zamówili zaś kiełbasę i szaszłyk drobiowy. Szaszłyk był ogromnych rozmiarów i zastanawiałam się nawet, czy moja mała siostra mu podoła. Podołała i była zadowolona, więc sądzę, że spełniał jej oczekiwania.
    Drugi z mięsożerców jadł kiełbasę z grilla i właśnie mi powiedział, że była przyzwoita, ale też nic szokującego, sam mógłby zrobić taką. Wierzę. Widziałam jego posiłek i między nami mówiąc, kiełbasa wyglądała, jakby najpierw ugotowano na niej zupę, a dopiero potem wrzucono ją na grilla.
    Plus za podgrillowanie bułek do mięs. Nie ma nic gorszego niż gumowata buła. Te były chrupiące.
    Trzecia osoba, tak jak ja, pozostała przy frytkach.
    I tu mała uwaga do właścicieli: fajnie by było, gdyby w ofercie lokalu był jakiś szaszłyk warzywny, lub po prostu warzywa z grilla. Wegetarian jest coraz więcej i też chętnie czasami wpadliby do takich miejsc, nie tylko na piwo.
    Po zasadniczym posiłku udaliśmy się do sąsiedniego budynku (tam, gdzie kupowaliśmy frytki) na kawę i lody - to ja. Reszta na piwo. Wzięliśmy swoje zamówienia i z pełnym zadowoleniem zasiedliśmy na ławeczce z widokiem na jeziorko.
    Kawa była lurowata, ale dawała radę, zaś lody mnie zaskoczyły. To, że wzięłam kulkę o smaku gumy balonowej to jest jedna rzecz (kiedyś musiałam sprawdzić, jak to smakuje), natomiast lody szarlotkowe są absolutnie pyszne.
    Jadłam swoje lody popijając kawą, rodzina dyskutowała na jakieś tematy, a na środku jeziorka, na rowerze wodnym, jakaś para namiętnie się całowała.
    Ech, prawie jak wakacje...

    1 z 1 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

Ładowanie wyników...