profil:

kobieta, 39 lat, Warszawa, mazowieckie, w serwisie od 10 wrzesień, 2009

statystyki użytkownika:

liczba opinii: 532
pierwszą dodał:
obserwowany przez: 42   dodaj do obserwowanych

średnia wystawionych ocen:

2.8
  • jedzenie
    3.0
  • wystrój
    2.9
  • obsługa
    2.9
  • jakość / ceny
    2.5

ulubione kuchnie:

  • hiszpańska
  • sushi
  • włoska
  • polska
  • ryby i owoce morza

ulubione dania:

pierogi i makarony:) pokaż wszystkie listy

przyznane nagrody:

  • recenzent miesiąca, czerwiec 2010
  • recenzent miesiąca, styczeń 2011
  • recenzent miesiąca, wrzesień 2011

opinie ewa_tina (532)

pierwszą dodał: 09.05.2012
  • Tratattoria Oro Di Napoli

    miejscowość: Łomianki, dodana 09.05.2012, 17:04
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Dobry - nadal - adres w Łomiankach

    Włosko w Łomiankach jest od... kiedy pamiętam. Niestety, liczących się lokali jest sztuk... jeden. W roku ubiegłym trafił po kilku wizytach na listę moich "Ulubieńców". W tym roku z niej spadnie o ile się nie poprawi. A co do poprawy?
    Obsługa, wciąż tak samo niezaradna i w zabałaganieniu wcale nie uroczo południowa. Ceny, które przypominają, że z Łomianek do centrum Warszawy jedzie się 20 minut (ale bez korków). Pizza nadal dobra jeśli chodzi o ciasto.
    Namawianie jednak - bez sprawdzenia co lubimy - do zjedzenia klasyki wybieranej przez statystycznego Polaka to prawdziwe faux pas. Makarony idealnie al dente. Niestety, pozostałe dania mogłyby w karcie nie istnieć są nijakie. Zepsuła się również panna cotta. Może któryś ze składników zawodzi?

    No to sobie ponarzekałam...

    Nadal jednak uważam, że Coco De Oro od Łomianek do Pl.Wilsona jest najlepszym lokalem na pizzę i pasta.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Mistrz i Małgorzatka

    miejscowość: Warszawa, dodana 09.05.2012, 17:00
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Ulubione niezmiennie

    W kwestii podrobów są w Warszawie tylko dwa lokale warte uwagi. Z wyższej półki Bistro 5 Ćwiartka w Arkadach Kubickiego oraz lokal dla wtajemniczonych "Mistrz i Małgorzatka".

    Słonko świeci bezwstydnie. Nagła ochota na podroby w samym środku wiosny to jak znak z samego dna żołądka. Trzeba iść. Więc idę. A raczej jadę. Bo dojazd do mojego ulubionego lokalu to prawdziwa dla mnie wyprawa. Dwie przesiadki autobusem (samobójca jedzie samochodem... na całej trasie same korki), ale potem jest już tylko lepiej. Sąsiadujący sklep z papugami nadaje odpowiedniego nastroju...
    Wchodzę i wnikam. Niczym Alicja do krainy czarów. No nie dokładnie takiej bajkowej... może coś bardziej jak ze snu Daliego i Tarantino. Wnętrze idealnie dopasowane do podróży w czasie - nic a nic nie zmienione... no przepraszam, przesunięto maszynę do gry zręcznościowej. Reszta tak jak było. Aloes w doniczkach na parapetach. Bar i barowe krzesła. Telewizor z meczem. To miejsce, do którego mężczyzna powinien wchodzić pierwszy, a nie przepuszczać kobietę.

    Zamówienie Warki z kija grozi niezadowolonymi pomrukami autochtonów (mecz Legii w TV), ale ja na szczęście wolę królewskie. Obsługa niezmiennie idealna. Do tego nereczki. Zgrabna kokilka wypełniona po brzegi cynaderkami z duszoną cebulą. Uduszoną na zabój. Ni to zupa ni to drugie danie. Potem wątróbka, nie jakaś kurza, czy delikatesowa cielęca, tylko prawdziwie męska sprawa. Wieprzowa. Cebula tym razem na mocno, lekko podpieczone końce, dokładnie tak jak lubię. Tu w kuchni, pewnie śmieją się w głos czytając w przepisach z "Kuchni" sformułowanie "przysmażyć na złoto".

    Do tego ziemniaki utłuczone jak kibice drużyny przeciwnej... choć w kwestiach kibiców tego nie popieram to ziemniaki po prostu wymagają porządnego tłuczenia. Potem się je okrasi skwarkami. Nie boczkiem tylko prawdziwymi spyrkami. Mizeria lub buraczki. Oto jest pytanie. Mam wrażenie, że Mistrza i Małgorzatkę wypełniają po brzegi bardziej i mniej tragiczni bohaterowie Szekspira. Cóż życie wszak jest snem wariata śnionym nieprzytomnie.

    3 z 3 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Okienko

    miejscowość: Warszawa, dodana 07.05.2012, 13:11
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Pochwała ziemniaka

    Włosi ochrzcili ziemniaka "tartuffoli" z uwagi na skojarzenie z truflami, również podziemnymi smakołykami za sprawą odwiedzin w Okienku w pełni mnie to porównanie zadowala. Bowiem w Okienku dają pysznie grubociosane, perfekcyjnie wysmażone frytki. Takie przez duże F.

    Pierwowzorem frytek była ziemniaczana potrawa z XVIII. Niejaki August Parmntier zapoznał się z walorami tego warzywa podczas niewoli w Niemczech, i opracował 20 prostych przepisów dla "biedoty". Najpopularniejszy z nich "a'la Parmentier" to nic innego jak surowe ziemniaki pokrojone w kostkę smaży się na patelni i podane z solą i szczypiorkiem. Oczywiście mamy też frytkową historię w USA. Jednak dla mnie jakościowo i smakowo Okienko ma więcej wspólnego z osiemnastowieczną potrawą niż musem ziemniaczanym znanym z wszechobecnych fast foodów.

    Warto wspomnieć o sosach. Tych mnogość. No... Ketchupu to tutaj nie dostaniecie... Cztery rodzaje ostrych (w zależności od użytych papryczek), łagodne (majonezowe, koperkowe, etc.) i ciekawych. Spróbowałam dwóch. Chilli, który świetnie przełamywał delikatną słodycz ziemniaka oraz fistaszkowy, genialny w uwypukleniu ziemniakowego smaku.

    Obsługa w postaci dwóch przyjaznych i kompetentnych Panów bardzo na plus. A okoliczności ulicy stanowiące wnętrze "lokalu" w tak gorący długi weekend wprost wymarzone. Wolnostojące ławeczki. Wolnostojące ciepłe powietrze. Nadchodzący wieczór. A zamiast żarówek największy księżyc, jaki widziałam w życiu. Wszak była to bardzo szczególna pełnia.

    Data wizyty w lokalu: 05 maj 2012, godz. 20:30

    3 z 3 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Oberża pod Psem

    miejscowość: Ukta, dodana 13.04.2012, 02:07
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Lokal na pewno nie "pod psem"

    Kuchnia polska w wydaniu lokalnym z finezją, ale bez zbytniego wymyślania. "Nie mamy czasu dla ludzi, którzy nie mają czasu "– takie hasło wisi przy drzwiach. Obsługa, choć dużo tu negatywnych opini, świetna. Doskonale wpasowana w to miejsce, zawieszone jakby w czasie. Jak w bursztynie.

    Szyld z białym psem zwiniętym w kłębek. Po 20 minutach pojawia się sam pies. Biały jak śnieg. Ma na imię Irtysz i chętnie pozuje do zdjęć. Obok pierwsze w Polsce prywatne zoo – Park Dzikich Zwierząt. Widzimy sarny, jelenie, osiołki, koniki, żurawie, kaczki i ... pawie. Widok pawi siedzących na klasycznej wiejskiej chałupie jest wręcz "artystyczny"... Samo Kadzidłowo jakby schowane przed nieproszonymi gośćmi. Jeśli zasady "powolności" Carla Honore są Ci bliskie odnajdziesz tu swój "kwiat paproci".

    Wnętrze przyjazne, niezbyt duże. Na ladzie piętrzą się lokalne przetwory, świeżo upieczony chleb wabi zapachem. Pijemy herbatę z konfiturą, delektujemy się ciszą i... padającym śniegiem za oknem. Koniec marca, a biało jak w grudniu. Robi się bajkowo. Na stół wjeżdżają sery mazurskie zagrodowe. Świetne. Do tego doskonały dżem z dyni i drugi z żurawiny. W menu dania kuchni regionalnej takie jak kwaśnica i wereszczaki. Ale tu tak naprawdę, rządzi dziczyzna. Geniusz kucharza widać w kotletach mielonych z dzika i karkówce z tego samego zwierza. Doskonałe i świetnie doprawione. Jednak pielgrzymować tu mogę dla... chleba. I będę.

    To miejsce dla tych, którzy lubią rozkoszować się małymi przyjemnościami, jak choćby rozkosz pierwszego łyku piwa... Oczywiście z małego regionalnego browaru...

    Data wizyty w lokalu: 31 marzec 2012, godz. 15:00

    2 z 2 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Gospoda Pod Jemiołami

    miejscowość: Lelis, dodana 13.04.2012, 01:22
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Najsmaczniejszy przystanek w drodze na Mazury

    Gospoda znajduje się tuż przy drodze i dokładnie w tym miejscu, w którym nasze kiszki zaczęły odgrywać marsza. Budynek przyjemny, bardziej klimatyczny niż większość zajazdów i gospód stylizowanych na "wiejsko & sielsko". Dużo "dupereli" tworzących klimat wnętrza. Stoliki odpowiednio rozstawione. Aranżacja pozwalająca na odpoczynek po 120 km drogi i spokojną degustację. Do tego sympatyczna i kompetentna obsługa. Miód na serce... i żołądek.

    Kuchnia kurpiowska powstała z tego, co można było zebrać w lesie lub w nim upolować. Kuchnia kurpiowska to kuchnia charakterystyczna. Dominujące są smaki ostre i wyraźne. Zupy zakwaszane często sokiem z kapusty kiszonej, a smak mięs wyostrza się chrzanem i ćwikłą. I tak zamówiony barszcz czerwony był po prostu genialny. Mocno czosnkowy, aromatyczny i idealnie doprawiony ziołami. Rozpływałabym się nad nim dalej gdyby na stół nie wjechał lokalny przysmak. Babka ziemniaczana obsmażana w plastrach z esencjonalnym sosem grzybowym. Ogarnęło mnie istne szaleństwo. Gdyby nie kontrolne chrząknięcie towarzyszy podróży zamlaskałabym się na śmierć. Chętnych do dzielenia się nie było, każdy zazdrośnie strzegł swojego talerza. Niektórzy pozwolili sobie nawet na wylizywanie (!). Najsłabszym punktem programu okazało się golonko po chłopsku peklowane i zapiekane. Choć doskonale przyrządzone jesli chodzi o strukturę mięsa, to niestety zbyt słone. Nawet tak prosta rzecz jak wino grzane zwane tu zbójnickim podane z bakaliami mile pobudzało zmysły.

    Polecam Gospodę Pod Jemiołami bez zastrzeżeń. Dla mnie to aktualnie obowiązkowy punkt programu wyjazdu na Mazury.

    Data wizyty w lokalu: 30 marzec 2012, godz. 20:00
    Opinia dnia z 13.04.2012 r.

    2 z 4 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Zajazd Tusinek

    miejscowość: Rozogi, dodana 10.04.2012, 14:23
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Dla początkujących slow food i ekożerców

    Wizyta w Zajeździe Tusinek lekko mnie rozczarowała. Czytając recenzje na Gastronautach oczekiwałam... więcej... znacznie więcej niż otrzymałam. Co nie znaczy, że było niesmacznie. Wręcz przeciwnie. Wpływ na moje rozczarowanie może miały wcześniejsze tego weekendu doznania kulinarne w Gospodzie Pod Jemiołami, Oberży pod Psem i Dzikiej Kaczce. Bowiem Zajazd Tusinek to doskonałe dla początkujących w tematach slow food i eko food. Oczywiście jest to moja własna, a więc wybitnie subiektywna ocena.

    Sam zajazd dobrze ulokowany przy drodze na lub z Mazur, przyciąga wzrok przyjemną użytkową architekturą bez zbędnego "chłopstwa" i "cepeliady". Sympatyczna, niebieska tablica z wielką kanką na mleko od razu rozbudza wyobraźnię. Na miejscu, jeśli ma się szczęście, można zająć wygodny stół na dobrze oświetlonym patio. Nam tam towarzyszyły małe kurczaczki (wszak to Wielkanoc) wzbudzające gorący entuzjazm i u dorosłych i u dzieci. Karta nie rozbudowana na tyle by budzić wątpliwość co do świeżości podawanych dań. Mleko zsiadłe z ziemniakami, które miało być ukoronowaniem moich wspomnień z dzieciństwa u dziadków... rozczarowało. Same ziemniaki smaczne gatunkowo i dobrze zrobione (smażone z koperkiem) jednak samo mleko zbyt wodniste. Barszcz czerwony niestety nijaki. Podpłomyk, lokalny przysmak, ratował całą wizytę. Swoją drogą, czemu nikt nie używa tegoż podpłomyka do karmienia dziatwy uwielbiającej pizzę? Proste, nasze i równie smaczne.

    W sklepiku obok nabyłam drogą kupna rewelacyjne ciasto drożdżowe, którym objadałam się przez tydzień. Chałkę, którą objadała się Panna O. A także doskonałe ryby wędzone z Kaborna i lokalnie wyrabiane sery krowie. Żółty dojrzewający całkiem całkiem i śmietankowy twarożek - pierwsza klasa.

    I to by było na tyle. Teraz wiem czego mogę się spodziewać i... już nie będę rozczarowana. A zajrzę jadąc na Mazury lub z nich wracając... na 100%. Bo to jeden z lepszych "dobrych" adresów w tej okolicy.

    Data wizyty w lokalu: 01 kwiecień 2012, godz. 14:00

    0 z 1 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Mielżyński Wine Bar

    miejscowość: Warszawa, dodana 10.04.2012, 14:02
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Wieczorem i na wino

    Ostatnia wizyta na Burakowskiej utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest to miejsce idealne na... wieczorne wypady i to w ciepłe wiosenno-letnie wieczory. W miłym gronie kilkorga przyjaciół, przy butelce lub dwóch wina można sobie poskubać oliwek czy małego co nie co z deski serów. Niestety, zajrzenie tam w porze lunchowej i to samochodem jest... porażką.

    Wybór win u Mielżyńskiego jest bardzo dobry co z tego jak zmotoryzowana mogłam jedynie wypić całkiem smacznej kawy i dość nijakiego soku. Propozycje w menu wyglądały kusząco. Niestety, po zjedzeniu sałatek: toskańskiej i z pieczoną wołowiną doszłam do wniosku, że jedzeniem jak dla mnie lokal ten nie "stoi".

    Wnętrze niezmiennie przyjemne i nastrojowe tak jak i lokalizacja. Obsługa dość sprawna co przy pełnym lokalu jest ważne. Nawet nie wywołała jakichś głębszych przemyśleń co do swojej pracy. Poprawna choć nie pozostawia potrzeby szczególnego chwalenia.

    Zajrzę chętnie ponownie, ale by trafić w "10" z nastrojem to latem, wieczorem i bez samochodu...

    Data wizyty w lokalu: 21 marzec 2012, godz. 12:00

    0 z 1 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Bar Warszawa

    miejscowość: Warszawa, dodana 09.03.2012, 23:08
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Rozwiane złudzenia

    Jeszcze pięć lat temu marzyłam o rozkwicie barów przekąskowych. No i się ziściło. Niestety zrozumiałam też intencje starożytnych Chińczyków nazywających przekleństwem powiedzenie "oby ci się spełniły najskrytsze marzenia".

    Rozczarowana Metą na Foksal, Między Wódką, a Zakąską na Chmielnej miałam nadzieję, że Bar Warszawa będzie dla mnie "objawieniem". Niestety tak się nie stało. Niby klimat przedwojennej stolicy w samym prawie cetrum do tego obsługa przebrana w "stroje ludowe" a jednak coś się nie "klei". Na ścinach fotki z miasta, barowo i oldskulowo tylko wg mnie zbyt duży tu eklektyzm. Rozczarowujący tatar tak dalece pozbawiony wyrazu, że tylko znaczna ilość wódki mogłabym namówić mnie do jego ponownego zamówienia. Pyzy, niby prosto z "Rużyca" jednak proporcje ciasta do mięsa przeważające do granic niesmaku. Oranżada "Krzyś" smakowała ... jak dawniej. Skład również niezmienny od lat więc jej nałogowe picie prawdopodobnie zniszczyłoby szybciej niż klasyczna czyściocha.

    Obsługa sympatyczna choć ciutkę niezorganizowana. Miałam nadzieje które rozwiały się jak po wynikach ostatniego Toto Lotka. Bar Warszawa dobry będzie jednak dla poszukiwaczy zakąskowych punktów na mapie miasta i ... tyle.

    Data wizyty w lokalu: 08 marzec 2012

    1 z 3 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Cafe Poranna

    miejscowość: Warszawa, dodana 09.03.2012, 22:11
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Coś ma w sobie

    Zacznę od tego, że posadzka jest jeszcze sprzed wojny. Wiem, bo takimi słowy zareklamowała ten lokal Lucy-na, moja zodiakalna bliźniaczka i geniusz fotografii kulinarnej w jednym.

    Wnętrze białe, domino na posadzce, drewno, tablica z napisanym odręcznie menu, prosto. Wnętrze minimalistyczne do bólu. Jak poranne wiosenne słońce. Blade i zachęcające do delektowania się ukradzioną chwilą spokoju. Obsługa w postaci przemiłego Pana, który Właśnie Zastępował Właściciela, prawie "domowa".
    Zgadzam się, że czas na lokalne kawiarnie poza Centrum Stolicy nadchodzi. Im więcej niebanalnych choć prostych miejsc tym lepiej dla tego miasta. Dla każdej dzielnicy.

    Tak więc siedziałyśmy sobie rozmawiając o wszystkim i o niczym a nogi nasze opierały się o tą wiekową posadzkę. WDobrze zrobione latte i świeżo przygotowana kanapka z łososiem w dobrym towarzystwie to wszystko co potrzebowałam na dobry Poranek. Cafe Poranna, ma coś w sobie...

    Data wizyty w lokalu: 06 marzec 2012, godz. 11:00

    1 z 1 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Kawa z Mlekiem

    miejscowość: Warszawa, dodana 09.03.2012, 10:27
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Grochowska nie tylko kebabem stoi!

    W tej okolicy na każdym rogu niemal znaleźć można... kebab. Żeby to jeszcze był prawdziwy kebab, a nie wytwór kebabopodobny w wersji cienkie - grube ciasto, ostry - łagodny sos... O tempora, o mores. Trudno dziwić się mojemu radosnemu zaskoczeniu gdy oczekiwanie na otwarcie biura rachunkowego mogła mile spędzić w Kawie z Mlekiem popijając latte. Całkiem niezłą latte.

    Lokal lekko ukryty w bocznej ścianie budynku, więc trzeba skręcić zaraz za Urzędem Gminy w prawo, idąc od ronda Wiatraczna. Wchodzimy po schodkach na lewo i jesteśmy w kafeterii. Kilka stolików, jasne meble, pastelowe kolory, słonecznie i pozytywnie. Za kontuarem przemiłe dwie Panie z uśmiechem odpowiadają na wszystkie pytania. Jest wi-fi. Jest kawa. Jest małe co nie co do przegryzienia. Poranek można zacząć bez zgrzytów. A takie poranki na przednówku to ważna rzecz. Pogoda pod psem więc wykreowanie dobrego nastroju wybitnie wskazane. Samo menu nie wyróżnia się niczym szczególnym. Klasyka tego typu lokali w Stolicy: kanapki, tosty, naleśniki, wety. Jest zwyczajnie. Normalnie bym ponarzekała, że brak mi indywidualizmu, ale przy takim braku kafeterii w tej okolicy mogę jedynie przyklasnąć. I czekać na kolejne...

    Data wizyty w lokalu: 01 marzec 2012

    1 z 1 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Restauracja Kamionka

    miejscowość: Warszawa, dodana 26.02.2012, 22:54
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Dobry adres

    Wizyta u księgowej nie potrwała długo. Wypite dwie kawy lekko zaostrzyły apetyt. W żołądku musli ze śniadania pozostało jedynie wspomnieniem. Jak Grochowska długa i szeroka kebaby i "kebabopodobne" lokale rozsiane niczym łakocie w bajce o Jasiu i Małgosi.

    Tradycyjna kuchnia warszawska, którą proponują restauratorzy Kamionki, to istny Eden w menu. Przykład? A więc zupy. Możemy więc wybierać pomiędzy zupą grzybową z łazankami, staropolską kwaśnicą (mało to warszawskie ...), żurkiem staropolskim z białą kiełbasą i jajkiem, rosołem domowym a barszczem czerwonym. Mnie w tej kategorii zainteresowały najbardziej... flaki. Z sympatycznymi kulkami z mięsa, dobrze doprawione i aromatyczne. Mamy tu kilka mocnych propozycji z podrobów: smakowitą wątróbkę drobiową w sosie malinowo-porzeczkowym (!) ciekawie zaakcentowaną gruszką, móżdżek cielęcy z kawałkami parmezanu i marynowanym grzybkiem oraz to co ukoiło moje złaknione serce (żołądek... jak zwał tak zwał) nerki cielęce. Podane w wersji smażonej na klarowanym maśle z czosnkiem i natką. Niczego sobie jest grasica w doskonałym towarzystwie chilli i natki pietruszki. Palce lizać zwłaszcza, że mamy na talerzu przepyszną budowlę z bobowego musu zwaną w menu "ciasteczkiem z bobu".

    Na uwagę zasługuje klasyka przystawek: tatar, śledzie w kilku odsłonach czy pasztet z jelenia. Jest nieśmiertelny schabowy w "złocistej panierce". Domowe gołąbki w sosie pomidorowym ze świeżym koperkiem. I zrazy wołowe z kaszą gryczaną z majerankiem i buraczkami, od których na samą myśl ślinka cieknie.

    Mamy też pewne dziwolągi np. cyt "tagliatelle ze szpinakiem i kawałkami przysmażanego na oliwie czosnkowej kurczaka, w sosie śmietanowym z orzechami włoskimi, posypane serem pleśniowym" ... no chyba, że to nowo-Warszawskie menu...

    Desery nie zachwycają wyborem. Mało tematów warszawskich, raczej typowa restauracyjna "rąbanka" deserowa: szarlotka na ciepło, ciastko czekoladowe, lody, creme brulee.

    Pomysł dobry - kuchnia warszawska - polecałabym jednak właścicielom wnikliwą lekturę Kuchni Polskiej, przepisy regionalne pani Szymanderskiej. Nie trzeba się głowić tam od inspiracji aż iskrzy.

    Rozpisałam się o kuchni, a warto wspomnieć o przemiłej pani kelnerce, która uśmiechem i starannością ociepliła zimny dzień. Wnętrze zaś przypomina salonik z początku ubiegłego wieku. Dużo stylowego drewna, butelkowa zieleń, bordowy aksamit, żakardowe eleganckie choć mieszczańskie zasłony. Brakowało mi tylko lepszego oświetlenia. Cieplejszego niż to co przemykało się przez chmury za oknem.

    Data wizyty w lokalu: 24 luty 2012, godz. 12:00

    1 z 2 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Bar Piotruś

    miejscowość: Warszawa, dodana 26.02.2012, 18:45
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Wehikuł czasu...

    Gdyby nie nachalna przesadność z jakim ostatnimi czasy lansowane jest słowo "kultowy" tak właśnie nazwałabym Piotrusia. Cóż. Słowa jak klucze w zależności od czasu i miejsca... wypaczają się. Więc tylko zdradzę Wam pewien sekret. Nie opisałam Piotrusia do tej pory bojąc się, aby nie zaistniał na mapie poszukiwaczy stołecznych klimatów. Wiecie "wódka i zakąska". Jeszcze 5 lat temu żałowałam, że nie ma takich miejsc. Teraz co prawda na nadmiar narzekać nie mogę ale na - podobnie jak w wypadku słowa kultowy - wypaczenie.

    Piotruś to dla mnie swoisty ołtarzyk. Podróż wehikułem czasu. Zero stylizacji. Zero dizajnu. Czysta naga prawda. Jak śledź z wódką. Jak galareta z setą. Wizyta w Piotrusiu to studia bez dna dla reżysera, który chce znaleźć naturszczyków do zagrania ról w filmie o Warszawie. Tutaj i na Pradze ich zajdzie.

    Do Piotrusia zaprosiłam kiedyś mojego Ukochanego. Bałam się, że losy baru na Nowym Świecie są policzone. A jednak. Lata lecą. Ludzie przychodzą i odchodzą, a Piotruś trwa. Niezatapialny jak Maryla Rodowicz.

    W tym miejscu usłyszałam ostatnio "dziecko co Ty wiesz o życiu" od Pani za Kontuarem. Rozczuliłam się, bo z 40-tką na karku czuję się na co dzień jak w coraz ciaśniejszym gorsecie.

    Nie napiszę nic o wnętrzu. Ani o obsłudze. Ani o menu. Po co? Jeśli chcecie to i tak tutaj zajrzycie.

    Data wizyty w lokalu: 24 luty 2012

    1 z 1 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Cafe Pozytywka

    miejscowość: Warszawa, dodana 26.02.2012, 18:24
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Nic... ciekawego

    Pozytywka powstała w miejscu kawiarni, której nazwa dawno temu wywietrzała z mojej głowy. Wnętrze lokalu zmieniło się nieznacznie. Wymiana mebli na bardziej komfortowe kanapy i dekoracje z pozytywek. To chyba wszystko co zauważyłam. Jeśli coś więcej to przepraszam, ale mi umknęło. To wszystko przez kolorystykę: "brązy-beże", w których mój mózg totalnie przestaje funkcjonować od strony estetycznej. Czekam na powrót koloru w "desajnie" łazienek (6 moich znajomych ma łazienkę w tej właśnie tonacji) i lokali gastronomicznych. Litości, poproszę jakiś detal. Mocny akcent esencjonalnej zieleni. Słońce sycylijskiej pomarańczy. Odrobinę pikanterii z chilli... Koloru!

    W menu "nuuuddda". Zaczynam się uczyć tego słowa od swojej 5-letniej córki. Latte i inne włoskie wersje kawy, tarty, kanapki... nuuudyyy. Czy naprawdę nie można znaleźć czegoś co by wyróżniło taką Pozytywkę z grona innych nudnych kawiarni? Skoro nie jest sieciowa. Skoro jest czyimś prywatnym pomysłem na życie czemu ten pomysł musi w 100% powielać to co już w Warszawie jest. I nudzi. Dogłębnie nudzi. Nawet ziarna na kawę niczym szczególnym się nie wyróżniają. A tort bezowy to moje Waterloo. Uwielbiam tort bezowy. Jeśli ktoś czyta moje recenzje to wie, że moje ulubione słodycze można policzyć na palcach jednej ręki. A tort bezowy to jak palec wskazujący. No więc tutaj zostałam bez palca...

    Brak koloru, polotu, niebanalnego pomysłu i ciekawego smaku. I tyle.

    Data wizyty w lokalu: 24 luty 2012

    0 z 2 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Dziki Ryż

    miejscowość: Warszawa, dodana 26.02.2012, 17:58
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Nie... zachwyca

    Zgłodniałam, a na mojej mapie spotkań tego dnia był mały "przystanek" przy pl. Inwalidów. Do wyboru miałam: Żywiciela, Karetę, Da Aldo i Dziki Ryż. Wybrałam ostatni lokal, bo wrócił mi ostatnio "smak" na kuchnie azjatyckie.

    Lokal jest prostokątny i... kameralny. Wnętrze "brązowo-beżowo", czyli kolorystyka, w której całkiem tracę chęci do jedzenia jeśli nie czai się gdzieś kolorystyczny detal. Niestety, w Dzikim Ryżu nie czaił się. Obsługa, czyli Sympatyczna Brunetka namówiła mnie na wersję dim sum zawierającą mix rozmaitości.

    Podana na początku zupa tajska doskonale równoważyła smaki mleka kokosowego, kolendry, trawy cytrynowej i galanga. Do tego kawałki delikatnego kurczaka. Choć osobiście preferuję tą zupę z krewetkami propozycja kucharza z Dzikiego Ryżu, bardzo mi smakowała. Potem przyszedł czas na pierożki won tom.

    W zestawie miałam pierożki robione na parze, takie zresztą preferuję. Łagodny smak krewetek tylko ciasto ryżowe jest w stanie odpowiednio wydobyć.
    Tutaj prawie się udało. Byłoby doskonałe gdyby nie zbyt grube i twarde ciasto na "złączeniach". Wersja w cieście pszennym do mnie nie "przemówiła". Mało wyraziste okazały się propozycje wegetariańskie. I nie chodzi mi tutaj o fakt, że nie były ostre. Powinien bowiem przewodzić jeden zdecydowany smak, a propozycja ta była bez smaku.

    Na deser pozwoliłam sobie na mango lassi, zupełnie nie sprawdza się ten smak w mroźne dni, ale wg mojego rankingu Top 10 Mango Lassi w Warszawie, Dziki Ryż może pochwalić się wysoką notą.

    Problem mam z tym lokalem ogromny. Niby kameralnie, a nie czułam się tam dobrze. Niby sympatycznie i profesjonalnie. Niby ciekawie. Niby. Ale dość drogo. Smak, który pozostał w mojej pamięci rozpłynął się za najbliższym rogiem. Chciałabym dać im jeszcze jedną szansę i spróbować któregoś z makaronów japońskich lub kimchi mandu... ale lektura innych recenzji na Gastronautach skutecznie mnie do tego pomysłu zniechęca.

    Data wizyty w lokalu: 15 luty 2012

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Blue Cactus

    miejscowość: Warszawa, dodana 26.02.2012, 17:05
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Nierówno i drogo

    Niebieski Kaktus należy do lokali, które ponad dekadę temu stanowiły jeden z "obowiązkowych punktów programu" na mojej gastronomicznej mapie Stolicy. Dziś widzę, że oddaliliśmy się od siebie dalece za daleko.

    W latach 90-tych Blue Cactus był kultową restauracją specjalizującą się w bardzo smacznej odmianie kuchni amerykańskiej czyli tex-mex.

    Tex-Mex to kuchnia która powstała z połączenia kulinarnych tradycji Meksyku i południowych stanów USA (przede wszystkim Teksasu). Dzięki temu mariażowi możemy zajadać się fajita's, tacos, nachos, quesadilla... i wieloma innymi pysznościami. O ile ktoś oczywiście gustuje w tego typu smakach.

    Wnętrze w mojej ulubionej kolorystyce i stylu. Od pierwszych chwil czuję się tam doskonale. Ciepło drewna, meksykańskie kolory w elementach umeblowania. Prostota ceglastych ścian w połączeniu z dopasowanymi obrazami na ścianach ujmuje. Jedyne "ale" to przestrzeń, która zagospodarowana jest (bliskość stolików, brak kameralności) jak na restaurację o jedną grupę cenową niżej.

    Obsługa nie budzi zastrzeżeń. Ale te 10% do rachunku już tak...Rozumiem, że to amerykańska "knajpa" (przeszłam swego czasu w Stanach stres nieświadomości obowiązku dawania napiwku) jednak "zgrzyt".

    Menu, po tak długiej przerwie, odkrywałam wraz z Towarzystwem w stylu tex-mex. I tak niezłe choć nie rewolucyjne okazały się nie przesadnie pikantne ale sympatycznie chrupiące skrzydełka kuraka. Do tego klasyka: sos z Roquefort'a (ser), seler naciowy i marchewka. Rozczarowania nie kryliśmy przy papryczkach jalapeño, które to nadziane serem były chłodne. A coś co wg. menu na być "smażone na złocisty kolor", powinno być cieplejsze. Śmietana, dla T wielkiego wielbiciela nabiału, była "marketowa". Ale już Nachos Montana (?) w wersji z chilli mięsnym okazały się niezłe. Smak podkreślał chedar, guacamole i jalapeno.
    Na dwoje babka wróżyła jak się okazało przy kolejnych dwóch daniach. Dobry i wyrazisty chowder z kukurydzy z kurczakiem i kolendrą pobudzał kubki smakowe.
    Ale już żeberka zrujnowały moje wyobrażenie tego dania. Wysuszone i niedopracowane. Kuchnia nie jest zła. Jest nierówna. D jadł kilka tygodni wcześniej całkiem znośne żeberka a słabe chilli con carne (zbyt łagodne). I co tu powiedzieć? Octavio Paz tutaj bym nie przyprowadziła. I to nie dlatego, że już nie żyje....

    Blue Cactus jest niestety kulinarnie przeciętny, a kryzys egzystencjalny pogłębia rachunek. Miejsce dobrze się zapowiada a potem zachwyt mija.

    Pomysł wstąpienia na margeritę do sąsiedniej Iguany, która wizualnie wzbudziła zainteresowanie Towarzystwa, zarzuciliśmy. Zbyt duże ryzyko wpadki.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Ekojadłodajnia

    miejscowość: Warszawa, dodana 18.02.2012, 20:47
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Ciekawe miejsce na mapie...

    Wyszłam ze spotkania dotyczącego Warszawskiej Drogi Kultury z głową pełną pomysłów. Idąc nie zwróciłam uwagi na drogę i tak rozmyślając trafiłam na Nowy Świat, tam skręciłam w Ordynacką i chwilę później znalazłam się - już dość głodna - na ulicy Kopernika. Dokładnie Kopernika 25. Pod tym adresem od pewnego czasu mieści się bowiem nie naleśnikarnia ale Ekojadłodajnia. Prawdziwie eko bo już od progu zostałam poinformowała, że talerze również są jadalne więc na większy głód zawsze można "dopchać" się zastawą stołową...

    Lokal jest malutki. Kilka bardzo ciasno ustawionych stolików, przyjemne kolorystycznie wnętrze w ekobarwach z lekko tęczowym skrzywieniem detali. Na oknie stoją książki do poczytania na miejscu lub zaopiekowania się na dłużej.

    Z ochoty na naleśniki wybawił mnie wielce sympatyczny pan kelner, który gorąco doradzał placki ziemniaczane. I to własnej roboty. Ponieważ dobrym plackom ziemniaczanym ulegam zawsze bez dyskusji zaaprobowałam jego propozycje.

    Ogrzewałam się naturalnym naparem z imbiru. Mocno rozgrzewająca propozycja, muszę przyznać. Zero ukrytego cukru. Smak dobry choć nie powiem abym stała się nagminną wielbicielką tego napoju. Jednak przy minus 15 warto się na niego skusić. Placki ziemniaczane były pyszne. Esencjonalne, dobrze wysmażone, aromatyczne. Udekorowane dość niewinnie wędzonym łososiem i pszaśną śmietaną nie wywołały może orgii smaków ale zaspokoiły pierwszy a i drugi głód.

    Miejsce ma potencjał i w tym co podają i w tym jak podają. Ceny - a znam ceny półproduktów - są średnio wysokie. Niestety sery korycińskie, naturalne ekologiczne miody czy pieczywo kosztują "swoje". Mnie osobiście brakowało pełnego opisu pochodzenia produktów, kilka wzmianek to jednak zbyt mało. Ale wrócę tu na pewno.

    Data wizyty w lokalu: 08 luty 2012

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Po Prostu Cafe

    miejscowość: Warszawa, dodana 18.02.2012, 20:23
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Doskonały adres na kawę i c...

    Odwiedziłam Halę Mirowską w poszukiwaniu topinambura przy czym koszmarnie zmarzłam (tak, tak wiem jest zima to musi być zimno) tak więc postanowiłam poszukać miejsca z dobrą i naprawdę gorącą kawą. Poranek mroźny ale przyjaźnie świecące słońce skłoniło mnie do wędrówki ulicą Chłodną. I tak mijając a to Madziara z jednej a to Calypso z drugiej zawędrowałam aż do Wroniej. Mój nos mnie nie zawiódł. Trafiłam do miejsca gdzie "po prostu" jest "cafe". Aromatyczne, gorące i przyjemnie podane latte o 10.30 uratowało mi życie. Gdyby Robert Scott miał na swojej drodze "Po prostu Cafe" nie zamarzł by w drodze powrotnej z Antarktydy. Ale nie miał. Wielka szkoda.

    Ja zasiadłwszy w fotelu oddałam się cichej kontemplacji poczty mailowej i analizie zapisów na Facebuczku. Doskonała latte i włoska kanapka pozwoliły celebrować początek dnia. Późny początek ale za to w dobry stylu. Lokal jest bowiem klasycznie minimalistyczny. Prostota kolorystyki, łagodnych bieli, stylowych czerni, brązu jasnego drewna. Menu zapisane kredą na tablicy. Uśmiechnięta pani za kontuarem. To wszystko co było mi potrzebne do nabrania chęci na dalszą drogę w mrozie. Wypiekane na miejscu pieczywo pachnie bestialsko. Croissant kusi niczym wąż w raju. Trudno się mu odmawia...więc nie odmówiłam. Wszakże imię zobowiązuje...a ja jak to Ewa łasa jestem na różne pyszności. Bagietka w wersji z mozzarellą i pomidorami czy szynką parmeńską lub kozim serem to obowiązkowy punkt programu...poza kawą ...no i rogalikiem, którego francuskiej nazwy nie wymienię aby nie kusić moich kubków smakowych...

    Data wizyty w lokalu: 10 luty 2012

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Toan Pho

    miejscowość: Warszawa, dodana 18.02.2012, 20:04
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Nr 1 na zupę Pho!

    Niezmiennie od roku moje ulubione miejsce na zupę Pho.

    W zupie Pho i lokalu na Chmielnej zakochałam się ubiegłej zimy. Jak pamiętacie mroźnej zimy w znacznie dłuższym okresie czasu niż to miało miejsce w roku bieżącym. Zupa Pho jest bowiem idealnym rozwiązaniem głodu na mroźny dzień. W Hanoi gdzie pierwsza restauracja podająca to danie powstała w 1921 roku temperatury potrafią "spadać". Pożywna, gorąca jak piekło zupa rozwiązywała wiele problemów, żywieniowych i grzewczych ... zwłaszcza.

    Ponieważ od miesiąca i u nas zima "daje się we znaki", nie tylko drogowcom uznałam, że zaistniała najwyższa konieczność. Sezon na zupę Pho ogłaszam rozpoczęty. A jest z czego wybierać. Jak zawsze. Osobiście pozostaję wielbicielką klasycznej wersji ... na równi z tą ze smażonym karpiem. Aromatyczna bazylia tajska (?!), świeży imbir, aksamitna cebulka dymka, esencjonalny czosnek, piekielna papryczka chilli. To one sprawiają, że wyjście z Toan Pho po "spożyciu" miski zupy nawet na 20 stopniowy mróz jest niestraszne.

    A co do obsługi i wnętrza... niezmiennie: uśmiech i urocze brzmienie wietnamskiego i obskurne stoliki w "ceratowym" stylu. Ale to się nazywa "klimatyczne wnętrze"...w tym wyjątkowym wypadku.

    Data wizyty w lokalu: 08 luty 2012

    1 z 2 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Galeria Funky Studio

    miejscowość: Warszawa, dodana 06.02.2012, 11:08
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Czerwona kanapa jest zarezerwowana! Dla mnie!

    Przebiegając przez Pl. Zbawiciela od Ministerstwa Kawy kątem oka zauważyłam pozytywne wibracje w powietrzu. Tak gdzieś na wysokości nr 2, pod arkadami od strony kina Luna (tak sobie "dzielę" ten plac). Postanowiłam więc przy najbliższej okazji wpaść i sprawdzić. Tak też zrobiłam i z przyjemnością informuję was, że Galeria Funky Studio to kolejny lokal, dla którego nazwa placu ma potwierdzenie w gastronomii. O pozytywnych zmianach pisałam przy recenzji Ministerstwa Kawy więc nie będę się powtarzać.

    Mamy więc w galerii dwa poziomy. Dolny z kilkoma miejscami do siedzenia i barem. Górny z kanapami, stolikami, krzesłami i teatralnymi plakatami na ścianach. Zajęłam czerwoną kanapę. Ba... rozsiadłam się na niej niczym pasza. Wnętrze nie jest ani oryginalne ani interesujące. Zwyczajne. Przestronne. Akcenty szarości i czerwieni "robią" to wnętrze. Oświetlone niczym kulisy w teatrze. W ogóle jest lekko zakulisowo. Kwestia gustu czy się spodoba czy nie. Mnie czerwona kanapa uwiodła więc będę w opcji "za" niewymuszonym wdziękiem prostoty tego miejsca.

    Obsługa przyjazna i dowcipna. Miło jest gdy nie obsługują nas "formułkami", ale żartują między sobą wciągając nas w te sympatyczne pogaduszki. Czy jest coś lepszego na 20-stopniowy mróz, niż lokal, w którym obsługa sprawia, że jesteśmy jak dawno nie widziany znajomy? Jedyny zarzut jaki tu mam to fakt, że stoliki na górze powinny być sprzątane zaraz po tym jak jakiś klient z góry zejdzie. Na plus bardzo kobieca łazienka... aż przyjemnie poprawić tam makijaż.

    Menu klasyczne na tle innych kawiarni tego typu. Świetna tarta z nadzieniem ruskim (tak, tak jak w ruskich pierogach) wzmaga działanie moich ślinianek teraz gdy to piszę. Dobra wersja z fetą i szpinakiem. Niezłe ciabatty. Dobrze zrobiona kawa. Herbatą pogardziłam... jakaś ostatnio kawowa się zrobiłam. Ogromny plus za ciągłe zmiany w menu wypisanym na tablicy. Mnie to bardzo odpowiada, choć wiem, że są zwolennicy większej "stabilności" w tym temacie.

    A darmowe wi-fi to taka wisienka na torcie... więc spędzenie tam kilku chwil w międzyczasie jest wysoce wskazane. Polecam.

    Data wizyty w lokalu: 04 luty 2012

    1 z 1 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

  • Ministerstwo Kawy

    miejscowość: Warszawa, dodana 06.02.2012, 10:43
    • jedzenie
    • wystrój
    • obsługa
    • jakość / ceny

    Coraz przyjemniej kulinarnie na Pl. Zbawiciela

    Mam do Placu Zbawiciela ogromny sentyment. Tutaj bowiem moi dziadkowie brali ślub w czasie II wojny światowej. Zawsze mnie to fascynowało, a mało się o tym mówi. Codzienność i normalność życia w "nienormalnych" warunkach. Tym bardziej cieszy mnie rozwój gastronomii w jego okolicy. Bowiem miałam już lekki niesmak: obniżające loty Izumi Sushi, nudna sieciówka W Biegu Cafe czy nabzdyczone miejsca w typie Karmy czy Charlotte (ach, tylko ich żarcia mi brak...) wymienić mogłabym jeszcze co najmniej trzy równie nieciekawe wg mnie miejsca. Mogłabym, ale tego nie zrobię bowiem widzę światełko w tunelu... i nie są to światła nadjeżdżającego pociągu. To Ministerstwo Kawy, Kredkafe, Galeria Funky Studio.

    Ministerstwo jak to ministerstwo, żadnych odkrywczych i zaskakujących doznań kulinarnych. Po prostu dobra kawa, klasyka kawiarnianego menu w zakresie kanapek, tart i ciast. Mnie to odpowiada. Sympatyczna obsługa podchodząca do pracy z maksymalnym nastawieniem "na plus". Wnętrze prostolinijne i pozytywne. Zwyczajne do bólu i to jego ogromny plus. Nie ma tu zaplanowanej "prostoty" i nienarzucającego się "komfortu" typowego dla sieciówek. Jest po prostu przyjemnie. Przyjemnie by zjeść dobry quiche (ach te suszone pomidory - wspomnienie lata) i całkiem niezłą frittatę ze szpinakiem. Przyjemnie by wypić kawę patrząc przez okno na mroźną ulicę. Ludzi śpieszących się z punktu A do punktu B. A my jak zawieszeni w bursztynie doceniamy chwilę sam na sam. I to na stopniu ministerialnym...

    ps. Fajne menu śniadaniowe postulowane za battleboy...

    Data wizyty w lokalu: 30 styczeń 2012

    2 z 5 użytkowników uznało tę opinię za przydatną.

    Czy ta recenzja jest przydatna?

obserwujący

Ładowanie wyników...